Marta kilkanaście lat temu miała dreszcze po poranku z mężem, ale teraz ma gęsią skórkę. Beacie wyrzuty sumienia nie dają spać, bo irytuje ją jej własny mąż: a przecież to miłość jej życia. – Czasem mam ochotę go szturchnąć i zapytać: "Po co tak głośno oddychasz?" – opowiada. Iwonę nic tak nie drażni, jak mąż, który po posiłku sięga po wykałaczkę. – Nie wiem, co się ze mną dzieje w tym momencie. Ale jak on zaczyna sobie dłubać w zębach, to mam wrażenie, że jestem bliska wybuchu – mówi.
U Marty "alergia" na męża objawia się w sferze dźwięków. Zaczyna się już rano.
– Nie mogę znieść tego, jak się rozciąga i ziewa. Mam ochotę go udusić – wyznaje. – Potem szuka klapków i klapie nimi w drodze do łazienki. Klap, klap. Uderza deską sedesową, chrząka przy zlewie, przepłukuje usta. Aż mam gęsią skórkę.
Kilkanaście lat temu Marta też miała ciarki – ale z zupełnie innego powodu. Dziś z przyjemnych dreszczy nie zostało nic.
Wieczorem wcale nie jest lepiej. Kiedyś lubiła, gdy kładł się obok i obejmował ją czułym ramieniem. Dziś irytuje ją sam dźwięk jego oddechu.
– To nawet nie jest chrapanie. To takie miarowe, ciężkie wzdychanie. Czasem mam ochotę go szturchnąć i zapytać: "Po co tak głośno oddychasz?" – opowiada.
"Czuję, jakby coś we mnie eksplodowało"
Beacie wyrzuty sumienia nie pozwalają spać. Zanim zacznie opowiadać, podkreśla to kilka razy: mąż to dobry człowiek. Nigdy jej nie skrzywdził, jest pracowity, oddany dzieciom. A jednak to właśnie u boku tego "ideału" Beata doświadcza stanów bliskich furii.
– Kiedy on stoi przed lodówką, zastanawia się, co zjeść, i drapie się po głowie, czuję, jakby coś we mnie eksplodowało – wyznaje. – Nie wiem, skąd to się bierze. Nie umiem tego nazwać. Strasznie mi głupio, bo przecież on nie robi nic złego.
Są razem od ponad 20 lat. Kiedyś potrafili stać przy lodówce, przytuleni, i przekomarzać się, co zjedzą. Może wędzonego łososia? A może serek pleśniowy? A może jednak coś zamówią? I to wcale nie było problemem.
Próbowała o tym porozmawiać z przyjaciółką, ale ta machnęła ręką i szybko zbyła ją opowieściami o nowotworach, przedwczesnych zawałach u mężów i przemocy, której doświadczały jej koleżanki.
Kiedy na jednym z forów Beata przeczytała, że nie jest jedyna, poczuła chwilową ulgę.
– Zrozumiałam, że nie jestem wyjątkiem. Że to się zdarza częściej, niż się wydaje –opowiada. – Z jednej strony to pocieszające, z drugiej jednak przerażające. Bo jak to możliwe, żeby drugi człowiek aż tak irytował?
Kamila, 15 lat po ślubie: – On nie stawia kubka na blacie. On nim uderza. Zawsze ciut za mocno. Ten stukot sprawia, że mam ochotę się rozwieść, choć kocham męża.
Weronika, mężatka z 11-letnim stażem:
– Ja biegam między kuchnią a łazienką, szykuję dzieci do szkoły, maluję się w biegu. A on? Pracuje zdalnie, więc siedzi z kawą. Miesza ją łyżeczką tak długo, jakby chciał ją zaczarować w jakiś eliksir. Ten jego spokój wyprowadza mnie z równowagi – przyznaje.
Ewa ma męża kierowcę, który większość miesiąca spędza w trasie. Kiedy wraca, powinna skakać z radości. Przecież go kocha.
– Najdziwniejsze jest to, że jestem najszczęśliwsza kiedy... go nie ma. A potem jak wraca, to potrzebuję czasu, żeby się "przestawić" na jego obecność.
Lubi ciszę i swój rytm dnia. Świetnie radzi sobie z dwójką nastolatków, pracą i ogarnianiem domu. I nagle ktoś jej ten porządek zmienia. Zaburza rytm.
Jak mówi dalej, obecność męża jest intensywna.
– Mąż jest głośny, dużo się śmieje, ciągle mi pokazuje w telefonie jakieś filmiki. Drażni mnie to – przyznaje.
Dodaje, że wielkim wyzwaniem jest dla niej o tym opowiedzieć. Bo przecież to normalne, że mąż wraca do domu. Co z niej za żona?
Wieczorem patrzy, jak śpi. Wrócił z trasy bezpiecznie, a przecież mogło się tyle złych rzeczy zadziać.
I wtedy rodzi się w niej poczucie winy.
Iwonę nic tak nie drażni, jak mąż, który po posiłku sięga po wykałaczkę. To moment, w którym – jak sama przyznaje – staje na krawędzi emocjonalnej przepaści.
– Nie wiem, co się ze mną dzieje w tym momencie – mówi. – Ale jak on zaczyna sobie dłubać w zębach, to mam wrażenie, że jestem bliska wybuchu.
Co ją tak w tym denerwuje?
– Skupienie, z jakim mąż wykonuje tę czynność – odpowiada. – I powtarzalność. Bo mąż dłubie nawet po gładkiej zupie-krem. Zawsze, codziennie.
Kiedyś tego nie zauważała. Albo może zauważała, ale nie miało to znaczenia. Dziś jest inaczej.
– Moja mama miała ciężkie życie z ojcem- alkoholikiem, który nieraz i rękę na nią podniósł. Kiedy o tym sobie myślę, to zastanawiam się, czy na pewno ze mną wszystko jest w porządku. Bo mąż to dobry facet. Tylko ta wykałaczka...
Wszystkie bohaterki zgodnie mówią, że ich mężowie nie robią nic złego, dlatego same są zaskoczone swoją reakcją.
Psycholog: Nie jesteśmy już tymi młodymi ludźmi, którzy zachwycali samą swoją obecnością
Skąd bierze się ta nagła irytacja czymś, co przez lata było zupełnie neutralne – a czasem nawet czułe i znajome? Jak tłumaczy prof. Katarzyna Popiołek, psycholog społeczny z Wydziału Psychologii w Katowicach USWPS, z wiekiem przestajemy być dla siebie nawzajem tym samym "źródłem bodźców", co kiedyś.
– Kiedy byliśmy młodzi, wiele rzeczy uchodziło nam na sucho. Partner mógł nas czymś drażnić, ale jednocześnie był uroczy, zakochany, czuły – i to równoważyło drobne irytacje. Patrzyłyśmy na niego i myślałyśmy: "jaki on przystojny, jaki miły". Z czasem te pozytywne bodźce słabną, a zostają nawyki i zachowania. I nagle to, co kiedyś było neutralne albo nawet sympatyczne, zaczyna przeszkadzać – wyjaśnia w rozmowie z naTemat.
Jak mówi dalej, nie chodzi jednak tylko o partnera. Zmieniamy się także my sami.
– My też nie jesteśmy już tacy jak kiedyś. Kiedyś łatwiej było o spontaniczność, czułość, drobne gesty – przytulenie, dobre słowo. Dziś często oczekujemy od drugiej osoby tego samego co dawniej, ale rzadziej zastanawiamy się, co sami wnosimy do relacji. A warto sobie zadać pytanie: jakie bodźce ja wysyłam i czy one wywołują to, czego oczekuję.
Do tego dochodzi jeszcze jeden czynnik: malejąca elastyczność.
– Z wiekiem stajemy się mniej elastyczni, nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. Mamy mniejszą tolerancję na odmienność, bardziej chcemy, żeby wszystko było po naszemu. Coraz więcej rzeczy zaczyna nas drażnić – nie tylko partner, ale też dźwięki, zachowania innych ludzi, codzienne drobiazgi.
Efekt? Drobiazg urasta do rangi problemu: sposób oddychania, dźwięk odkładanego kubka, stanie przed lodówką.
– To nie te zachowania same w sobie są problemem. Problemem jest to, że brakuje tła emocjonalnego. Kiedyś uczucia do drugiej osoby były silne i działały jak filtr – sprawiały, że nawet irytujące rzeczy odbieraliśmy jako urocze. Jeśli nie dbamy o bliskość, to tło znika. I wtedy zaczynamy widzieć przede wszystkim to, co nas drażni – tłumaczy specjalistka.
Ciąg dalszy tekstu poniżej
Kiedy słuchałam opowieści swoich bohaterek, od razu przypomniały mi się słowa Agnieszki Osieckiej: "Póki go kochałam, to tak cudownie poprawiał włosy. Nagle patrzę: Jezu, jak on głupio poprawia te włosy!".
Czy to, że partner nas drażni, oznacza koniec miłości? Na szczęście nie.
Ważnym elementem, o którym mówi prof. Popiołek, jest dystans do siebie i poczucie humoru.
– Chodzi o to, żeby umieć też o sobie pomyśleć w sposób życzliwy, z pewnym dystansem. Żeby spojrzeć na siebie i powiedzieć: "Boże, przecież ja też człapię, kiedyś taka nie byłam, teraz jestem takim tuptusiem, a on z kolei jest moim oddychającym misiem". To bardzo pomaga – tłumaczy.
Jak podkreśla, nie chodzi o kpinę ani wyśmiewanie partnera, ale o uruchomienie ciepłego, łagodnego poczucia humoru, które pozwala rozładować napięcie.
– To nie jest śmianie się z kogoś, tylko umiejętność spojrzenia na relację z większym luzem. Taki rodzaj humoru daje dystans, który chroni przed narastaniem irytacji i pozwala nie brać wszystkiego zbyt serio.
Zdaniem ekspertki ten mechanizm ma znaczenie nie tylko w relacjach prywatnych, ale też w pracy i codziennym funkcjonowaniu.
– Okazuje się, że osoby, które mają taki afiliacyjny, ciepły styl humoru i potrafią zachować lekki dystans, lepiej radzą sobie ze stresem. Mniej się denerwują, rzadziej przeżywają napięcia i są bardziej zadowolone z pracy – mówi.
Z czasem jednak ten element łatwo zanika.
– W codzienności zapominamy o tym. Stajemy się bardzo poważni, wszystko zaczyna być "na serio", wszystko nas drażni. A czasem wystarczy chwila dystansu i myśl: "Ale się znowu nakręciłam", żeby napięcie opadło – kwituje.
Co wkurza kobiety? Wszystko!
Warto jednak oddać sprawiedliwość: za zbiorowe wkurzenie kobiet nie opowiadają mężowie. Bo umówmy się – czasem nie trzeba wielkich przewinień, żebyśmy poczuły, jak skacze nam ciśnienie.
Widać to chociażby w social mediach, zwłaszcza na TikToku i Instagramie, które zalewa fala viralowych filmików, na których kobiety z dystansem pokazują, że potrafią wpaść w szał o… no właśnie, o cokolwiek. A partner staje się najłatwiejszym celem.
Przyznajemy: tak, wkurzamy się o głupoty, tak, bywamy irracjonalne, i tak – śmiejemy się z tego razem z milionami innych kobiet, które czują dokładnie to samo. Najważniejsze, aby mieć świadomość, że gniew jest nieuzasadniony lub wręcz absurdalny i nie krzywdzić drugiej osoby. Alergia na męża. "Wkurza mnie to, że idzie i po prostu oddycha. Co ze mnie za żona?"
Marta kilkanaście lat temu miała dreszcze po poranku z mężem, ale teraz ma gęsią skórkę. Beacie wyrzuty sumienia nie dają spać, bo irytuje ją jej własny mąż: a przecież to miłość jej życia. – Czasem mam ochotę go szturchnąć i zapytać: "Po co tak głośno oddychasz?" – opowiada. Iwonę nic tak nie drażni, jak mąż, który po posiłku sięga po wykałaczkę. – Nie wiem, co się ze mną dzieje w tym momencie. Ale jak on zaczyna sobie dłubać w zębach, to mam wrażenie, że jestem bliska wybuchu – mówi.
U Marty "alergia" na męża objawia się w sferze dźwięków. Zaczyna się już rano.
– Nie mogę znieść tego, jak się rozciąga i ziewa. Mam ochotę go udusić – wyznaje. – Potem szuka klapków i klapie nimi w drodze do łazienki. Klap, klap. Uderza deską sedesową, chrząka przy zlewie, przepłukuje usta. Aż mam gęsią skórkę.
Kilkanaście lat temu Marta też miała ciarki – ale z zupełnie innego powodu. Dziś z przyjemnych dreszczy nie zostało nic.
Wieczorem wcale nie jest lepiej. Kiedyś lubiła, gdy kładł się obok i obejmował ją czułym ramieniem. Dziś irytuje ją sam dźwięk jego oddechu.
– To nawet nie jest chrapanie. To takie miarowe, ciężkie wzdychanie. Czasem mam ochotę go szturchnąć i zapytać: "Po co tak głośno oddychasz?" – opowiada.
"Czuję, jakby coś we mnie eksplodowało"
Beacie wyrzuty sumienia nie pozwalają spać. Zanim zacznie opowiadać, podkreśla to kilka razy: mąż to dobry człowiek. Nigdy jej nie skrzywdził, jest pracowity, oddany dzieciom. A jednak to właśnie u boku tego "ideału" Beata doświadcza stanów bliskich furii.
– Kiedy on stoi przed lodówką, zastanawia się, co zjeść, i drapie się po głowie, czuję, jakby coś we mnie eksplodowało – wyznaje. – Nie wiem, skąd to się bierze. Nie umiem tego nazwać. Strasznie mi głupio, bo przecież on nie robi nic złego.
Są razem od ponad 20 lat. Kiedyś potrafili stać przy lodówce, przytuleni, i przekomarzać się, co zjedzą. Może wędzonego łososia? A może serek pleśniowy? A może jednak coś zamówią? I to wcale nie było problemem.
Próbowała o tym porozmawiać z przyjaciółką, ale ta machnęła ręką i szybko zbyła ją opowieściami o nowotworach, przedwczesnych zawałach u mężów i przemocy, której doświadczały jej koleżanki.
Kiedy na jednym z forów Beata przeczytała, że nie jest jedyna, poczuła chwilową ulgę.
– Zrozumiałam, że nie jestem wyjątkiem. Że to się zdarza częściej, niż się wydaje –opowiada. – Z jednej strony to pocieszające, z drugiej jednak przerażające. Bo jak to możliwe, żeby drugi człowiek aż tak irytował?
Kamila, 15 lat po ślubie: – On nie stawia kubka na blacie. On nim uderza. Zawsze ciut za mocno. Ten stukot sprawia, że mam ochotę się rozwieść, choć kocham męża.
Weronika, mężatka z 11-letnim stażem:
– Ja biegam między kuchnią a łazienką, szykuję dzieci do szkoły, maluję się w biegu. A on? Pracuje zdalnie, więc siedzi z kawą. Miesza ją łyżeczką tak długo, jakby chciał ją zaczarować w jakiś eliksir. Ten jego spokój wyprowadza mnie z równowagi – przyznaje.
Ewa ma męża kierowcę, który większość miesiąca spędza w trasie. Kiedy wraca, powinna skakać z radości. Przecież go kocha.
– Najdziwniejsze jest to, że jestem najszczęśliwsza kiedy... go nie ma. A potem jak wraca, to potrzebuję czasu, żeby się "przestawić" na jego obecność.
Lubi ciszę i swój rytm dnia. Świetnie radzi sobie z dwójką nastolatków, pracą i ogarnianiem domu. I nagle ktoś jej ten porządek zmienia. Zaburza rytm.
Jak mówi dalej, obecność męża jest intensywna.
– Mąż jest głośny, dużo się śmieje, ciągle mi pokazuje w telefonie jakieś filmiki. Drażni mnie to – przyznaje.
Dodaje, że wielkim wyzwaniem jest dla niej o tym opowiedzieć. Bo przecież to normalne, że mąż wraca do domu. Co z niej za żona?
Wieczorem patrzy, jak śpi. Wrócił z trasy bezpiecznie, a przecież mogło się tyle złych rzeczy zadziać.
I wtedy rodzi się w niej poczucie winy.
Iwonę nic tak nie drażni, jak mąż, który po posiłku sięga po wykałaczkę. To moment, w którym – jak sama przyznaje – staje na krawędzi emocjonalnej przepaści.
– Nie wiem, co się ze mną dzieje w tym momencie – mówi. – Ale jak on zaczyna sobie dłubać w zębach, to mam wrażenie, że jestem bliska wybuchu.
Co ją tak w tym denerwuje?
– Skupienie, z jakim mąż wykonuje tę czynność – odpowiada. – I powtarzalność. Bo mąż dłubie nawet po gładkiej zupie-krem. Zawsze, codziennie.
Kiedyś tego nie zauważała. Albo może zauważała, ale nie miało to znaczenia. Dziś jest inaczej.
– Moja mama miała ciężkie życie z ojcem- alkoholikiem, który nieraz i rękę na nią podniósł. Kiedy o tym sobie myślę, to zastanawiam się, czy na pewno ze mną wszystko jest w porządku. Bo mąż to dobry facet. Tylko ta wykałaczka...
Wszystkie bohaterki zgodnie mówią, że ich mężowie nie robią nic złego, dlatego same są zaskoczone swoją reakcją.
Psycholog: Nie jesteśmy już tymi młodymi ludźmi, którzy zachwycali samą swoją obecnością
Skąd bierze się ta nagła irytacja czymś, co przez lata było zupełnie neutralne – a czasem nawet czułe i znajome? Jak tłumaczy prof. Katarzyna Popiołek, psycholog społeczny z Wydziału Psychologii w Katowicach USWPS, z wiekiem przestajemy być dla siebie nawzajem tym samym "źródłem bodźców", co kiedyś.
– Kiedy byliśmy młodzi, wiele rzeczy uchodziło nam na sucho. Partner mógł nas czymś drażnić, ale jednocześnie był uroczy, zakochany, czuły – i to równoważyło drobne irytacje. Patrzyłyśmy na niego i myślałyśmy: "jaki on przystojny, jaki miły". Z czasem te pozytywne bodźce słabną, a zostają nawyki i zachowania. I nagle to, co kiedyś było neutralne albo nawet sympatyczne, zaczyna przeszkadzać – wyjaśnia w rozmowie z naTemat.
Jak mówi dalej, nie chodzi jednak tylko o partnera. Zmieniamy się także my sami.
– My też nie jesteśmy już tacy jak kiedyś. Kiedyś łatwiej było o spontaniczność, czułość, drobne gesty – przytulenie, dobre słowo. Dziś często oczekujemy od drugiej osoby tego samego co dawniej, ale rzadziej zastanawiamy się, co sami wnosimy do relacji. A warto sobie zadać pytanie: jakie bodźce ja wysyłam i czy one wywołują to, czego oczekuję.
Do tego dochodzi jeszcze jeden czynnik: malejąca elastyczność.
– Z wiekiem stajemy się mniej elastyczni, nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. Mamy mniejszą tolerancję na odmienność, bardziej chcemy, żeby wszystko było po naszemu. Coraz więcej rzeczy zaczyna nas drażnić – nie tylko partner, ale też dźwięki, zachowania innych ludzi, codzienne drobiazgi.
Efekt? Drobiazg urasta do rangi problemu: sposób oddychania, dźwięk odkładanego kubka, stanie przed lodówką.
– To nie te zachowania same w sobie są problemem. Problemem jest to, że brakuje tła emocjonalnego. Kiedyś uczucia do drugiej osoby były silne i działały jak filtr – sprawiały, że nawet irytujące rzeczy odbieraliśmy jako urocze. Jeśli nie dbamy o bliskość, to tło znika. I wtedy zaczynamy widzieć przede wszystkim to, co nas drażni – tłumaczy specjalistka.
Ciąg dalszy tekstu poniżej
Kiedy słuchałam opowieści swoich bohaterek, od razu przypomniały mi się słowa Agnieszki Osieckiej: "Póki go kochałam, to tak cudownie poprawiał włosy. Nagle patrzę: Jezu, jak on głupio poprawia te włosy!".
Czy to, że partner nas drażni, oznacza koniec miłości? Na szczęście nie.
Ważnym elementem, o którym mówi prof. Popiołek, jest dystans do siebie i poczucie humoru.
– Chodzi o to, żeby umieć też o sobie pomyśleć w sposób życzliwy, z pewnym dystansem. Żeby spojrzeć na siebie i powiedzieć: "Boże, przecież ja też człapię, kiedyś taka nie byłam, teraz jestem takim tuptusiem, a on z kolei jest moim oddychającym misiem". To bardzo pomaga – tłumaczy.
Jak podkreśla, nie chodzi o kpinę ani wyśmiewanie partnera, ale o uruchomienie ciepłego, łagodnego poczucia humoru, które pozwala rozładować napięcie.
– To nie jest śmianie się z kogoś, tylko umiejętność spojrzenia na relację z większym luzem. Taki rodzaj humoru daje dystans, który chroni przed narastaniem irytacji i pozwala nie brać wszystkiego zbyt serio.
Zdaniem ekspertki ten mechanizm ma znaczenie nie tylko w relacjach prywatnych, ale też w pracy i codziennym funkcjonowaniu.
– Okazuje się, że osoby, które mają taki afiliacyjny, ciepły styl humoru i potrafią zachować lekki dystans, lepiej radzą sobie ze stresem. Mniej się denerwują, rzadziej przeżywają napięcia i są bardziej zadowolone z pracy – mówi.
Z czasem jednak ten element łatwo zanika.
– W codzienności zapominamy o tym. Stajemy się bardzo poważni, wszystko zaczyna być "na serio", wszystko nas drażni. A czasem wystarczy chwila dystansu i myśl: "Ale się znowu nakręciłam", żeby napięcie opadło – kwituje.
Co wkurza kobiety? Wszystko!
Warto jednak oddać sprawiedliwość: za zbiorowe wkurzenie kobiet nie opowiadają mężowie. Bo umówmy się – czasem nie trzeba wielkich przewinień, żebyśmy poczuły, jak skacze nam ciśnienie.
Widać to chociażby w social mediach, zwłaszcza na TikToku i Instagramie, które zalewa fala viralowych filmików, na których kobiety z dystansem pokazują, że potrafią wpaść w szał o… no właśnie, o cokolwiek. A partner staje się najłatwiejszym celem.
Przyznajemy: tak, wkurzamy się o głupoty, tak, bywamy irracjonalne, i tak – śmiejemy się z tego razem z milionami innych kobiet, które czują dokładnie to samo. Najważniejsze, aby mieć świadomość, że gniew jest nieuzasadniony lub wręcz absurdalny i nie krzywdzić drugiej osoby. 
1 godzine temu
8








English (US) ·
Polish (PL) ·