TYLKO W VIVIE!. To dlatego Sylwia Peretti chce pozbyć się domu. Po tragedii nie potrafi już tam żyć

29 minut temu 3
ZIZOO.PL

Po śmierci syna 15 lipca 2023 roku codzienność Sylwii Peretti zamieniła się w nieustanną walkę z bólem i pustką. Celebrytka wyznała, że obecny dom nie daje jej ukojenia, ponieważ nieustannie przywołuje wspomnienia związane z Patrykiem. Dlatego coraz poważniej rozważa sprzedaż nieruchomości i przeprowadzkę do całkowicie nowego miejsca. Jak podkreśla, wizja przestrzeni „pustej i niezapisanej” należy dziś do nielicznych myśli, które przynoszą jej ulgę.

Dlaczego Sylwia Peretti odrzuciła przekonanie, że każde cierpienie ma sens?

Czy pamiętasz moment, w którym Twoje przekonanie o sensownym porządku świata po prostu się rozpadło?

Pamiętam go aż nazbyt dokładnie, nie jako jedną sekundę, ale jako pęknięcie, które rozlało się we mnie jak cisza po krzyku. Umarłam razem z moim dzieckiem 15 lipca 2023 roku. Przez lata naprawdę wierzyłam, że życie, mimo bólu i trudności, ma jakiś porządek. I wtedy wydarzyło się coś, co tę opowieść we mnie roztrzaskało. Moment, w którym rodzic traci dziecko, nie jest tylko chwilą straty. To chwila, w której rozpada się cały dotychczasowy świat, wszystkie zasady, wszystkie przekonania, cały sens budowany latami. Nie potrafiłam już tej opowieści poskładać. I chyba do dziś jej nie skleiłam. Zamiast niej powstała inna, bardziej surowa. Taka, w której życie nie zawsze ma sens, w której nie wszystko da się zrozumieć ani uzasadnić. Taka, w której trzeba nauczyć się istnieć bez odpowiedzi. Dziś już nie szukam sensu na siłę. Uczę się żyć pomimo jego braku. I może właśnie w tym jest jakaś nowa, cicha prawda, że czasem jedynym, co zostaje, jest miłość. Nawet jeśli nie ma już dokąd jej skierować.

W świecie, który niemal obsesyjnie próbuje nadać znaczenie każdemu cierpieniu, mówisz wprost, że nie wszystko coś buduje. Co sprawiło, że przestałaś w to wierzyć?

Tak, odrzuciłam tę iluzję. I nie było w tym buntu ani manifestu. To nie była decyzja, tylko konsekwencja tego, co mnie spotkało. Przez długi czas próbowałam wierzyć, że każde cierpienie czemuś służy. Ale są takie doświadczenia, które nie zostawiają po sobie żadnej lekcji. Zostawiają tylko pustkę. Nie każde cierpienie buduje. Niektóre po prostu niszczy, świat, w który wierzyłyśmy, poczucie bezpieczeństwa, tożsamość. I mówienie, że „to po coś”, bywa dla mnie formą przemocy.

CZYTAJ TEŻ: Myśl o synu powstrzymywała ją przed najgorszym. Tylko w VIVIE! Sylwia Peretti wyznaje: "Patryk byłby na mnie zły, gdybym podjęła tak radykalne kroki"

Sylwia Peretti, Viva! 11/2026

Sylwia Peretti myśli o sprzedaży domu po śmierci syna Patryka

Jak wygląda Twoja codzienność w tych momentach, kiedy zostajesz sama ze sobą?

Moja codzienność nie brzmi, ona raczej milczy. I to milczenie ma ciężar, który trudno opisać komuś, kto nigdy go nie doświadczył. Poranek zaczyna się od najprostszych czynności, które kiedyś były oczywistością. Wstaję, bo trzeba wstać. Idę do łazienki, robię herbatę. Czasem długo stoję z kubkiem w ręku i patrzę przez okno, zanim w ogóle zacznę dzień. Potem próbuję robić to, co należy do codzienności, wyjść po zakupy, coś ugotować, załatwić sprawy. Z zewnątrz to wygląda zwyczajnie, ale to jest raczej wykonywanie kolejnych kroków niż życie. To nie jest cisza, która przynosi ukojenie. To jest cisza, która uwypukla wszystko to, czego już nie ma. Każdy brak, każde niedopowiedziane słowo, każdy gest, który nigdy nie zdążył się wydarzyć. Ta cisza ma w sobie echo, echo śmiechu, który kiedyś wypełniał przestrzeń, echo rozmów, które urwały się w połowie, echo życia, które nagle zostało zatrzymane, ale we mnie nadal trwa. Są dni, kiedy ta pustka boli bardziej, niemal fizycznie, jakby coś we mnie było nieustannie wyrywane. I są takie, kiedy potrafię w niej po prostu być, nie walcząc, nie dlatego, że przestała boleć, ale dlatego, że nauczyłam się ją unosić. Dlatego myślę o sprzedaży domu. Chciałabym zamieszkać w miejscu, w którym nie ma żadnych wspomnień. Może to pomogłoby mi wrócić do czegoś, co przypominałoby normalność. Nie wiem, czy to możliwe. Ale myśl o nowym miejscu, pustym, niezapisanym, jest jedną z niewielu, które przynoszą mi coś w rodzaju ulgi.

To, co nazywasz pustką, nie jest ciszą, tylko nieustającym wewnętrznym ruchem. Jak się żyje, kiedy nic w środku nie chce się uspokoić?

To drżenie nie ustaje. Ono nie ma pauzy, nie ma wyciszenia, które przychodzi na zawsze. Jest jak tło, którego nie da się wyłączyć, nawet jeśli na zewnątrz wszystko wygląda spokojnie. Dzień, który kiedyś miał rytm i strukturę, dziś rozciąga się w ciąg godzin bez wyraźnych granic. Zdarza się, że wszystko nagle się zatrzymuje, siadam i nie mam siły się ruszyć. Potrafię długo patrzeć w jeden punkt. Bywają dni, kiedy leżę na podłodze i nie mam w sobie żadnego ruchu. To przychodzi samo. Funkcjonowanie w takim stanie to trochę jak życie na dwóch poziomach jednocześnie. Na zewnątrz rozmowy, obowiązki, codzienność, która wymaga obecności, reakcji, czasem nawet uśmiechu. A w środku ciągły ruch, napięcie, coś, co nie pozwala się do końca rozluźnić. To jest ogromne zmęczenie, którego nie widać. Człowiek uczy się z tym żyć trochę jak z bólem przewlekłym, nie dlatego, że on mija, tylko dlatego, że inaczej nie da się przetrwać. Wiesz, ja miałam kilka razy myśli samobójcze, ale za każdym razem pomyślałam, że Patryk byłby na mnie zły, gdybym podjęła tak radykalne kroki.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Trzy lata temu pożegnała ukochanego syna, jej świat runął. Tylko w VIVIE! Sylwia Peretti: „Nauczyłam się nie umierać z bólu każdego dnia”

Sylwia Peretti, Viva! 11/2026
Przeczytaj źródło