Puściłam ten serial moim rodzicom. Mają 70 lat. Mieli obejrzeć „tylko jeden odcinek przed snem”, tak na próbę. Siedzieli jak zahipnotyzowani. Z każdą minutą było w nich coraz więcej emocji - najpierw niedowierzanie, potem złość, w końcu coś pomiędzy przerażeniem a bezsilnością. I to nie dlatego, że „Piekło kobiet” epatuje brutalnością (choć momentami jest naprawdę dosadne), ale dlatego, że bardzo szybko przestaje być opowieścią o przeszłości.
Kiedy skończył się drugi odcinek, padło tylko jedno pytanie: „I co dalej? Kiedy następny odcinek?” A potem zapadła cisza, która mówiła więcej niż jakikolwiek komentarz.
Nowy polski serial „Piekło kobiet”. To nie lata 30. przerażają najbardziej, tylko to, że niewiele się zmieniło
Akcja nowego polskiego serialu rozgrywa się w międzywojennej Warszawie. Są piękne kostiumy - które chętnie nosiłabym w dzisiejszych czasach, eleganckie wnętrza, świat pozornie uporządkowany. I równolegle - drugi, ten sam, tylko że ukryty: przemoc, strach, brak wyboru. I właśnie to uderza najmocniej.
Bo choć oglądamy historię sprzed niemal stu lat, bardzo szybko przestajemy myśleć o niej jak o „dawnych czasach”. Tematy, które podejmuje serial - prawo do decydowania o własnym ciele, przemoc wobec kobiet, systemowe lekceważenie ich doświadczeń - brzmią dziś niepokojąco znajomo. To nie jest ten rodzaj „historycznej analogii”, który trzeba sobie dopowiedzieć. Ona narzuca się sama. I jest w tym coś naprawdę wkurzającego. Bo mamy 2026 rok. A momentami czujemy się, jakbyśmy w Polsce cofnęli się o całe dekady.
View oEmbed on the source website„Piekło kobiet” serial kryminalny, który wciąga. Ale to tylko pretekst
Fabuła „Piekła kobiet” opiera się na śledztwie - śmierć młodej kobiety po nielegalnym zabiegu aborcji prowadzi główną bohaterkę, Helenę, wprost do świata, którego wcześniej nie widziała. Jest zagadka, jest napięcie, jest tajemniczy „Uczciwy Jan”. Serial świetnie działa nie tylko jak opowieść o trudnych losach kobiet ale także jako kryminał - wciąga, prowadzi widza, zostawia tropy. Ale bardzo szybko staje się jasne, że to tylko rama.
Bo najważniejsze nie jest to, kto jest winny. Tylko dlaczego ten świat w ogóle na to pozwala.
Kobiety w centrum. I role, które zostają w głowie
Na pierwszym planie jest znana z rewelacyjnej roli w filmie „Dom dobry” Wojciecha Smarzowskiego - Agata Turkot. Gra Helenę - kobietę silną, świadomą, żyjącą w bańce uprzywilejowania, która powoli zaczyna rozumieć, jak kruche są jej granice. Obok niej występuje świetny Mateusz Damięcki jako mąż Maksymilian - z pozoru „normalny”, ale im dalej, tym bardziej niepokojący. Bardzo mocno wybrzmiewa też drugi plan: Katarzyna Herman, Maria Kowalska czy Borys Szyc, który tworzy postać boleśnie aktualną w swoim cynizmie i ideologicznej ślepocie.
To serial, który daje przestrzeń kobietom - ich emocjom, doświadczeniom, perspektywie. I robi to w sposób, który trudno zignorować.
Jak wyglądały „zabiegi” aborcji w Polsce w latach 30.?
W serialu porażają sceny nielegalnych aborcji - brutalne, surowe, momentami aż trudne do oglądania. Obraz zagiętego wieszaka, który wchodzi w ciało kobiety, uwierzcie mi - zostaje w głowie na długo. Ale to nie jest efekt dla efektu. To przypomnienie, jak wyglądało „podziemie” - świat tzw. babek czy akuszerek, kobiet (często bez wykształcenia medycznego), które zajmowały się „spędzaniem płodu”, bo antykoncepcja oraz inne możliwości po prostu nie istniały. W latach 30. w Polsce, przy restrykcyjnym prawie, takie zabiegi odbywały się w ukryciu, w warunkach, które dziś trudno sobie wyobrazić - i jeszcze trudniej zaakceptować.
Ale jeszcze bardziej niż same sceny aborcji uderzyło mnie coś innego. To, jak bardzo kobiety były wtedy sprowadzone do roli ozdoby - obecnej, ale niesłyszanej. Bez realnego wpływu, bez prawa do decyzji, nawet o własnym ciele. I trudno nie myśleć o tym w kontekście współczesności. Bo choć minęły dekady, wciąż są w Polsce kobiety, które muszą wyjeżdżać za granicę, by bezpiecznie przerwać ciążę. Wciąż istnieje podziemie - tyle że, choć warunki lepsze, to nadal nie daje ono bezpieczeństwa, opieki, wsparcia, na jakie zasługuje każda osoba w takiej sytuacji.
To nigdy nie jest i nie będzie łatwy temat. To jedna z najtrudniejszych decyzji, jakie może podjąć kobiet - i chyba właśnie dlatego najmniej potrzebuje ocen - zwłaszcza wygłaszanych z taką lekkością przez panów zza sejmowych ław w idealnie uszytych garniaczkach.
„Piekło kobiet” to serial, który zostaje z widzem na długo
Na platformie HBO Max obecnie dostępne są dwa odcinki „Piekła kobiet”, a kolejne będą pojawiać się w każdy piątek aż do zakończenia emisji serii, która zaplanowana jest na 10 kwietnia.
I oczywiście - można zarzucić temu serialowi, że jest momentami zbyt „ładny”. Że kadry są zbyt ostre, zbyt dopracowane, że brakuje tej ziarnistości obrazu, która lepiej oddałaby szorstkość międzywojnia. Że nowoczesna muzyka nie zawsze wpisuje się w historyczne ramy. Można. Tylko… po co? Bo to nie jest serial, który ma być muzealną rekonstrukcją epoki. To opowieść, która ma trafić tu i teraz - w naszą wrażliwość, nasze emocje, nasze współczesne lęki.
Są takie seriale, które się ogląda. I takie, które się przeżywa. „Piekło kobiet” zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. Nie dlatego, że jest łatwe. Wręcz przeciwnie - momentami jest niewygodne, duszne, trudne do zniesienia. Ale właśnie dzięki temu działa. Uświadamia. Wkurza. Zostawia z myślą, że to wszystko nie powinno być już aktualne.
A jednak jest. I może właśnie dlatego moi rodzice - ludzie, którzy widzieli już naprawdę dużo, są wierzący i nie są aktywistami walczącymi o prawo do aborcji - nie potrafili się od niego oderwać i czekają na kolejne odcinki.

7 godziny temu
3






English (US) ·
Polish (PL) ·