Owinął jej głowę taśmą klejącą. Mordercy Arlety nadal nie znaleziono

1 tydzień temu 8
ZIZOO.PL

Arlety życie nie rozpieszczało. Nie znała ojca, a kiedy była nastolatką, straciła mamę, która chorowała na nowotwór. Opiekunem prawnym dziewczyny został jej starszy o kilka lat przyrodni brat Piotr, który pracował dorywczo na budowach. Razem zajmowali mieszkanie komunalne w niewielkiej kamienicy w Pabianicach. 

Gdy dziewczyna była już dorosła, podzielili mieszkanie na dwa osobne, stawiając ściankę działową. Każde z nich miało osobne wejście, ale mieli do siebie klucze. Niewielkie mieszkanie Arlety składało się z przedsionka, jednego pokoju, aneksu kuchennego i toalety. 

Arleta cieszyła się dobrą opinią wśród sąsiadów, uchodziła za sympatyczną i spokojną. Rozwoziła jedzenie w pabianickim szpitalu. Nie wiodło jej się finansowo, więc czasem zadłużała się w firmie pożyczkowej lub u znajomych, brała zakupy na kredyt w pobliskim sklepiku. Zawsze uczciwie spłacała zobowiązania. 

Zobacz wideo Procesy ciągną się latami. Helena Kowalik o sprawie "obcinaczy palców"

Mroczny okres nastał w 2004 roku, kiedy Arleta straciła pracę. Miała do spłaty dwie pożyczki zaciągnięte w marcu i w maju. Przedstawicielka firmy pożyczkowej zjawiła się u Arlety po pieniądze 30 września. Usłyszała jednak, że dziewczyna nie jest w stanie zapłacić 60 zł - tyle wynosiła wtedy rata za oba zobowiązania. 

Fragment zeznań sąsiada Arlety: "Kiedyś była wesołą osobą, nawet kiedy nie miała pracy. Ostatnio chodziła przygnębiona, była smutna, zamknięta w sobie. Kilka miesięcy temu dowiedziałem się od jej brata, że Arleta ma problemy z narkotykami, że brała narkotyki. (...) Brat mówił, że całymi dniami przesiaduje w domu". 

W ostatnich miesiącach przed śmiercią, było w życiu Arlety dwóch mężczyzn. Aby zapewnić im anonimowość, jednego z nich nazwijmy Szymonem, a drugiego - Grzegorzem. 

Z 31-letnim Szymonem przez jakiś czas mieszkała w swojej kawalerce. Rozstała się z nim w okolicach maja - czerwca 2004 roku.

Niedługo potem na dwa miesiące wprowadził się do niej 34-letni Grzegorz. Pracował w lokalnej fabryce folii. Mężczyzna był w Arlecie zakochany, chciał stworzyć z nią związek, ale jej to nie interesowało. Nigdy nie zostali partnerami. Grzegorz dawał jej pieniądze, opłacał rachunki, niestety zdarzało się, że wracał do domu pijany. Arleta tego nie tolerowała. Pod koniec września 2004 r. kazała mu się wynosić. Wyprowadzka od Arlety zbiegła się z utratą pracy przez Grzegorza. 

"Sprawca działał z dużą wprawą"

Nadszedł 7 października 2004 roku. Było wczesne popołudnie. Brat Arlety, Piotr, wzywa policję. Twierdzi, że znalazł zwłoki swojej siostry w jej mieszkaniu. 

Fragment policyjnej notatki: "Zastaliśmy denatkę leżącą na wznak na łóżku z rozłożonymi rękoma, w bluzce z krótkim rękawem, przykrytą do pasa kołdrą, z głową owiniętą taśmą samoprzylepną koloru brązowego". 

W protokole miejsca oględzin zwłok opisano, że taśma była "owinięta wokół głowy, od wysokości czoła do brody". "Owinięcie to jest nawarstwione kilkukrotnie, przy czym rolka nie jest odcięta i znajduje się przy lewym uchu". 

Głowa Arlety była owinięta łącznie 40 zwojami taśmy. Przechodziły z lewej na prawą stronę. Biegły wykluczył, by mogła zrobić to sama. Oznaczałoby, że musiałaby niezwykle długo wytrzymać bez powietrza, co nawet przy treningu byłoby mało prawdopodobne. 

Sekcja zwłok wykazała, że Arleta zmarła z powodu uduszenia. Oszacowano, że do zgonu doszło 5 października, czyli dwa dni wcześniej zanim jej brat powiadomił policję, między godz. 14 a 22. Ktoś z budynku słyszał jeszcze muzykę dochodzącą z mieszkania Arlety ok. godz. 18. To zawężałoby, przynajmniej teoretycznie, czas zgonu do godzin między 18 a 22.  

W chwili śmierci Arleta była pod wpływem alkoholu. Badanie krwi wykazało ok. 2,3 promila. Obecności narkotyków nie stwierdzono. "W tej chwili znajdowała się ona w fazie ekscytacyjnej upojenia alkoholowego, w której to fazie występuje wyraźne zahamowanie czynności ośrodków wyższych, działania niezborne, zamroczenie, zahamowanie procesu myślowego" - napisał biegły. 

Na jej ciele brak było śladów, które świadczyłyby o silnej i zdecydowanej próbie obrony, bicia czy kopania napastnika. 

"Wnętrze mieszkania nie posiadało żadnych śladów plądrowania i penetracji przez sprawcę i sprawiało wrażenie posprzątanego" - zauważa jeden z funkcjonariuszy w swojej notatce. Na włącznikach światła nie było linii papilarnych, co oznaczało, że najprawdopodobniej ktoś zatarł ślady.

Policjant zwraca też uwagę, że zwłoki kobiety były ułożone na "niewygniecionej pościeli" i były przykryte kołdrą. Tylko na tej podstawie wysnuwa wniosek, że mogło to świadczyć o "silnym związku uczuciowym sprawcy z denatką".

Funkcjonariusz snuje też rozważania o tym, że "sprawca zastosował taśmę klejącą, działając z dużą wprawą, co może świadczyć o planowaniu zabójstwa i wykonywaniu podobnych czynności w życiu zawodowym". 

Taśma najprawdopodobniej należała do Arlety. Taką samą znaleziono w szufladzie w łazience. 

Zabezpieczono do badań m.in. wspomnianą taśmę, plastikowy kubek, niedopałki papierosów, pilot od telewizora. Niedaleko drzwi wejściowych znaleziono ślad buta. 

Nie udało się wyizolować DNA z materiału biologicznego z taśmy klejącej i dwóch niedopałków papierosów znalezionych w mieszkaniu. Na trzech niedopałkach i plastikowym kubku znaleziono jedynie DNA Arlety. Na rolce taśmy nie znaleziono odcisków palców. 

Przebadano również wkładkę od zamka do drzwi. Na obu stronach znaleziono ślady narzędzi typu wytrychy lub specjalny przyrząd do włamań. 

"Ku***a, Arleta jest zimna"

Jak to się stało, że Piotr odnalazł zwłoki siostry? Mężczyzna twierdził podczas przesłuchania, że ostatni raz widział się z nią 4 października, na dzień przed jej śmiercią.

Dzień po jej śmierci, 6 października, miał do niej zapukać. Nikt nie otwierał. Potem, jak twierdził, poszedł na fuchę. Wieczorem znów pukał. Następnego dnia, jak zeznał, coś go tknęło i poszedł po sąsiada z pierwszego piętra. Poprosił go, by ten spróbował podważyć okno do mieszkania siostry, znajdujące się na parterze.

Sąsiad wziął śrubokręt i otworzył okno. Piotr wszedł do środka, przekręcił klucz i otworzył sąsiadowi drzwi. "Ku***a, Arleta jest zimna" - powiedział Piotr. Sąsiad zajrzał do środka, zobaczył ciało kobiety. Zrobiło mu się słabo. Wyszedł. Zadzwonił po pogotowie, Piotr z kolei wezwał policję.  "Jeszcze to do mnie nie dotarło" - zeznał brat Arlety. 

"To był czysty układ pomiędzy nami"

Piotr wspomniał policjantom, że do siostry przychodził często 34-letni Grzegorz. 

W notatce policyjnej jeden z funkcjonariuszy także ocenia, że związek z zabójstwem może mieć właśnie Grzegorz. W drugiej części notatki dodaje jednak, że były partner Arlety, Szymon, "miał konflikt z zamordowaną". "Arleta W. na przełomie maja i czerwca 2004 roku kupiła w jednej sieci telefon komórkowy, który Szymon nadal użytkuje. Prawdopodobnie dla Szymona zaciągnęła również szereg pożyczek w bankach, które nie są spłacane. Z tej też przyczyny Arleta domagała się od Szymona zwrotu pieniędzy".  

31-letni Szymon został przesłuchany jeszcze tego samego dnia po południu. - Nigdy nie mówiliśmy o związku małżeńskim, był to czysty układ pomiędzy nami, spotykaliśmy się bez żadnych zobowiązań. Ostatni raz mogłem być u niej ok. 2-3 miesiące temu - zaznacza. - Podjąłem decyzję, że nie będę się z nią spotykał, ponieważ chciałem być luźnym człowiekiem, a ona być może planowała założenie rodziny, abym był częściej w domu - dodaje. 

Szymon twierdzi, że nie wie, kto mógł zabić Arletę i że nikogo o to nie podejrzewa. Zapewnia, że nigdy nie naciskał na dziewczynę, by się zapożyczała. 

Znajoma Arlety: "Z tego, co opowiadała, Szymon namawiał ją, żeby brała pożyczki. Jedną, wiem na pewno, wzięła dla niego". 

Fragment zeznań sąsiadki: "Zerwała z nim ok. 4-5 miesięcy temu. Wiem to od niej, że Szymon wsypywał jej narkotyki. Kradł jej pieniądze. (...) A Grzegorz bardzo kochał Arletę. Wszystko by dla niej zrobił. Ona jednak nie chciała z nim być". 

Policjant przesłuchujący Szymona nie zapytał, co mężczyzna robił w dniach poprzedzających odnalezienie ciała Arlety. Nie pobrano też od niego odcisków palców. 

"Kochałem Arletę i kocham cały czas"

Zatrzymany i przesłuchany tego samego dnia został także Grzegorz. Miał w organizmie nieco ponad jeden promil alkoholu.

Fragment pierwszych zeznań: "Od dwóch lat nasze kontakty były bliskie, mieszkałem u niej, jednak nigdy nie utrzymywaliśmy ze sobą kontaktów seksualnych, ponieważ Arleta nie chciała tego ze mną robić. Kochałem Arletę i kocham cały czas, ona mnie nie kochała". 

Grzegorz twierdził, że widział Arletę w dniu jej śmierci ok. godz. 14, kiedy wracała do domu. Stał wtedy przed sklepem ze swoim 18-letnim kolegą Krystianem A. Pożegnał się z nim i poszedł do Arlety. - Zapukałem, ale mi nie otworzyła, chociaż słyszałem, że była w mieszkaniu, słyszałem grający telewizor - mówił. Potem, jak zapewniał, miał pójść do mieszkania Krystiana, gdzie pili do wczesnych godzin rannych.

Dlaczego Arleta nie otworzyła? Od tygodnia już z nią wtedy nie mieszkał. Wyrzuciła go, bo wrócił do domu pijany, czego nie znosiła. 

Krystian A. przyznał, że Grzegorz rzeczywiście wkrótce po nim przyszedł do jego mieszkania. "Powiedział, że "tą ku***ę zabije, bo nie chce go wpuścić" - zeznawał 18-latek. "Według mnie on mówił to poważnie, wcześniej też się kilka razy zdarzało, że jak go nie wpuszczała, to mówił, że ją zabije" - dodał. 

Mieszkanka jednego z sąsiednich budynków zarzekała się, że w dniu śmierci Arlety, przechodząc obok okna jej mieszkania, słyszała odgłosy kłótni. - Usłyszałam, że mężczyzna mówi coś o jakichś pieniądzach, że Arleta "robi go w ch***". Powiedział też, że stracił przez nią pracę. Nie słyszałam, co mówiła Arleta - relacjonowała. 

Po dwóch miesiącach została przesłuchana kolejny raz, powiedziała, że jest pewna, że było to rano 5 października. Zaznaczyła, że głos, jej zdaniem, należał do Grzegorza. Podczas kolejnego przesłuchania nie wykluczyła, że mogło to być równie dobrze dzień lub dwa wcześniej. 

Matka Grzegorza: "Mój syn pod wpływem alkoholu był bardzo agresywny, nie panował nad sobą, mógł komuś zrobić krzywdę. Syn był bardzo zazdrosny o Arletę, nie mógł bez niej żyć, stawiał wszystko nad nią".  

Fragment wyjaśnień Grzegorza: "Mówiłem swojej mamie, że zabiję Arletę, to było po jakiejś kłótni z Arletą. Tak było w nerwach. Przypominam sobie, że mówiłem też tak Krystianowi. Nigdy nie chciałem jej zabić. (...) Czasem to ona krzyczała, że mnie zabije, jak się kłóciliśmy". 

Biegli potwierdzili, że Grzegorz jest uzależniony od alkoholu. Mężczyzna sprawiał wrażenie spokojnego i bezkonfliktowego, ale wypity alkohol wyzwalał tłumione emocje. 

Policjantów zastanowiły siniaki, które miał na obu przedramionach. Wyglądały tak, jakby powstały w wyniku ściskania czegoś ze znaczną siłą. Grzegorz tłumaczył, że to efekt udawanej bijatyki z Krystianem. 

- Uderzyłem Grzegorza dla żartów z pięści trzy razy w prawe ramię, na pewno nie biłem go w lewe ramię - zeznawał z kolei Krystian. 

W aktach sprawy znajdujemy notatkę z 9 października. Grzegorz, przebywający wówczas w policyjnej izbie zatrzymań, zaczął zachowywać się agresywnie, uderzał głową i nogami w ścianę, krzyczał, majaczył. Wezwano lekarza, później założono mu kaftan bezpieczeństwa. 

Tego samego dnia, kilka godzin później, postawiono mu zarzut zabójstwa Arlety W. Grzegorz nie przyznał się do winy. Powtarzał, że 5 października poszedł do Arlety tylko raz w ciągu dnia, ale mu nie otworzyła. 

Prokuratura wnioskowała jednak o areszt, a sąd przychylił się do tego wniosku, uznając, że "zebrany w sprawie materiał dowodowy wskazuje na duże prawdopodobieństwo, że podejrzany dopuścił się zarzucanego czynu".

Druga wizyta u Arlety W. 

Ani Grzegorz, ani Krystian A. nie wspomnieli w pierwszych zeznaniach, że Grzegorz był u Arlety w dniu jej śmierci również drugi raz, późnym popołudniem. 

Ojciec Krystiana A. zeznał, że Grzegorz zdecydował się ok. godz. 18 pójść do Arlety po pieniądze. Miał od niego pożyczyć rower i wrócić po ok. 45 minutach. Pieniędzy nie przywiózł, twierdził, że Arleta - i tu świadek nie był pewien - albo wyrzuciła go z mieszkania, albo w ogóle go nie wpuściła. 

W lutym 2005 roku doszło do konfrontacji między Krystianem A. a Grzegorzem. 

Krystian A. potwierdził, że w godzinach popołudniowych w dniu zabójstwa albo dzień przed Grzegorz pojechał do Arlety na rowerze i wrócił po około godzinie. Grzegorz miał wrócić zdenerwowany, mówić, że Arleta go nie wpuściła i grozić, że "kiedyś tę ku***ę zabije". 

Grzegorz: "Mogło tak być, jak zeznaje Krystian A., ja tego nie pamiętam. Mogło tak być, że jak byłem po wódce, to mówiłem, że Arletę zabiję, bo byłem na nią zdenerwowany". 

Podczas kolejnej konfrontacji z ojcem Krystiana A., Grzegorz przyznał, że pojechał do Arlety po ubrania i pieniądze, ale "nie mówił o tym wcześniej, bo uważał, że to nie jest ważne". 

Piotr zaciera ślady

Podczas styczniowego przesłuchania Piotr B., brat Arlety, przyznaje, że był w jej mieszkaniu pierwszy raz po jej śmierci nie 7 października, a dzień wcześniej. Nacisnął klamkę, okazało się, że drzwi nie były zamknięte.

Fragment zeznań Piotra B.: "Zapaliłem światło i poszedłem do pokoju. Zobaczyłem, jak Arleta leżała na wersalce, przykryta częściowo kołdrą. Odkryłem ją trochę i złapałem za prawą rękę. Ona była zimna. Wtedy uciekłem do siebie do domu".

Mężczyzna miał przestraszyć się, że zostanie oskarżony o zabójstwo siostry. Po kilkudziesięciu minutach wrócił. Mokrą ścierką przetarł podłogę oraz kontakty, których dotykał. Stojącą na stole butelkę z nalewką wiśniową wyrzucił do kosza, bo, jak twierdził, to ten sam rodzaj alkoholu, który ma on u siebie w mieszkaniu. 

Następnie zamknął drzwi na klucz, uprzednio zostawiając wewnątrz klucz Arlety, ale lekko wysunięty. Następnego dnia poszedł do sąsiada, mówiąc, że nie może dostać się do Arlety. To wtedy sąsiad otworzył okno śrubokrętem. 

Wersja przedstawiona przez Piotra brzmi spójnie. Następnego dnia po śmierci Arlety jeden z sąsiadów zauważył, że drzwi do jej mieszkania były uchylone na kilka centymetrów. A to oznacza, że ktoś musiał zamknąć potem te drzwi na klucz przed tym, gdy sprawa wyszła na jaw. 

Poza tym, jedna z osób mieszkających w okolicy zeznała, że wieczorem w mieszkaniu Arlety paliło się światło. Najprawdopodobniej wtedy Piotr B. zacierał ślady. 

Piotrowi B. postawione zostały zarzuty dotyczące utrudniania śledztwa i niezawiadomienia organów ścigania. Również trafił do aresztu. 

W lutym Piotr B. składa wniosek do szefa Prokuratury Rejonowej w Pabianicach o odsunięcie od śledztwa prokurator Małgorzaty Fiszer-Sieroń. Zarzuca prokuratorce, że śledztwo prowadzone jest "stronniczo", "niedbale" i "bezprawnie", że był przesłuchiwany w stanie "zamroczenia wizjami poalkoholowymi" i nie potrafi stwierdzić, co podpisywał. Prokuratura nie przychyla się do wniosku Piotra B. i nie wyłącza prokuratorki ze śledztwa. 

W maju Piotr B. wycofał się z wersji o sprzątaniu mieszkania. Podkreślał, że żadnego mieszkania nie sprzątał, że ciało odkrył dopiero wtedy, kiedy sąsiad pomógł mu otworzyć okno. 

Biegły: Sprawca "nie rzucał się w oczy"

Fragment opinii Sekcji Psychologów Wydziału Kadr KSP: "Zakrywanie twarzy ofiary może pełnić funkcję symboliczną. Sprawca dystansuje się psychologicznie od ofiary, zabezpiecza się przed ujawnieniem pewnych, istotnych dla sprawcy lub interakcji sprawca-ofiara, treści. Ofiara sprowadzana jest do roli kukły, sprawca pozbawia ją twarzy". 

Eksperci ocenili, że "sprawca starał się zachować ofierze nawet po śmierci jakiś "komfort" - np. podkładając jej pod głowę poduszkę i przykrywając zwłoki (symboliczne pogrzebanie zwłok)". "Wskazuje to na emocjonalny stosunek sprawcy do ofiary (...). Sprawcą kieruje nieświadomy mechanizm psychologiczny polegający na próbie symbolicznego anulowania zbrodni. Jest to mechanizm obronny osobowości" - czytamy. 

"Najprawdopodobniej sprawca od dłuższego czasu pozostawał w bliskiej relacji z ofiarą (...). W okresie poprzedzającym zdarzenie relacja ta uległa zmianie, była przez sprawcę postrzegana jako trudna. (...) Prawdopodobnie w trakcie sprzeczki doszło do zabójstwa. Sprawca raczej nie planował takiego rozwoju wydarzeń" - wskazano. 

Według biegłych sprawca zabójstwa Arlety W., kimkolwiek był, "nie rzucał się w oczy", stale bywał w okolicy, był sprawny fizycznie. Miał skłonności do zachowań impulsywnych, szczególnie w stresujących sytuacjach.

"Zbyt wiele pojawia się wątpliwości"

15 czerwca 2005 roku do sądu trafił akt oskarżenia. 

Grzegorz został oskarżony o zabójstwo. Brata Arlety, Piotra, oskarżono o zacieranie śladów i niezawiadomienie o przestępstwie. Piotr do winy się przyznał, Grzegorz - nie. Przed sądem znów zaprzeczył, że pojechał wieczorem rowerem do Arlety. 

Obrońca Grzegorza domagał się przesłuchania policjantów na temat relacji Anety K. z jej byłym partnerem, Szymonem. 

Fragment zeznań jednego z policjantów: "Po rozmowie z Szymonem ustaliłem, że od dłuższego czasu nie utrzymuje już kontaktów z denatką. Utrzymywał je natomiast Grzegorz. Z Szymonem już później nie rozmawiałem".  

Obrońca Grzegorza wniósł też o przebadanie jego klienta wariografem. Sąd oddalił wniosek. 

W kwietniu 2006 roku w Sądzie Okręgowym w Łodzi zapadł wyrok. Grzegorz został uniewinniony, Piotra B. skazano na karę łączną czterech lat więzienia. 

"Prokurator postawił zarzut zabójstwa [Grzegorzowi], jednakże w sprawie brak jest jakichkolwiek dowodów bezpośrednich, ale także i pośrednich, które wskazywałyby na jego sprawstwo" - ocenił sąd. Żaden ze świadków nie widział bowiem Grzegorza wchodzącego do mieszkania Arlety w dniu jej śmierci. 

Oskarżony, jako odrzucony mężczyzna, mógł mieć motyw. W mieszkaniu Arlety nie znaleziono jednak śladów, które świadczyłyby o tym, że Grzegorz w dniu zabójstwa rzeczywiście był w środku. Przyczynił się do tego niewątpliwie Piotr, który ślady usunął, ale fakt był faktem - Grzegorzowi nie można było tego udowodnić.

Sąd zwrócił też uwagę, że Grzegorz nie był jedyną osobą, która mogła mieć motyw zabójstwa. Mógł to być chociażby Szymon. 

Apelacje złożyli prokurator oraz obrońca Piotra B. Prokurator zarzucił sądowi pierwszej instancji, że pominął m.in. opinię biegłego ws. sińców na ramionach Grzegorza. Śledczy uważali, że mogły one powstać w wyniku reakcji obronnych Arlety. Z kolei obrońca Piotra domagał się zamiany kary więzienia na karę w zawieszeniu. 

Pół roku później Sąd Apelacyjny w Łodzi utrzymał w mocy wyrok sądu pierwszej instancji. 

"Niewątpliwie zarzut dokonania zabójstwa Arlety W. pod jakim stanął Grzegorz nie został oparty na żadnym dowodzie bezpośrednim" - zaznaczył sąd w uzasadnieniu. Choć w sprawie istniały poszlaki, według sądu nie prowadziły one do jedynego, pewnego i logicznego wniosku, że to mężczyzna jest zabójcą. "Zbyt wiele pojawia się wątpliwości" - czytamy. Sąd ocenił wprost, że dowody pośrednie są wręcz "wątłe". 

Jedną z wątpliwości było chociażby to, że Grzegorz, choć zniknął na 40-50 minut w dniu zabójstwa Arlety, nie byłby w stanie przebyć w tym czasie łącznie kilku kilometrów na rowerze, zabić Arletę, a potem wrócić do kolegi, z którym tego dnia pił alkohol. Nawet gdyby założyć, że siniaki na jego ramionach powstały przez Arletę, to również na jej ciele powinny znajdować się wyraźne ślady świadczące o walce o życie. A takich nie było. 

"Uwaga prowadzących postępowanie przygotowawcze, wobec poczynionych na samym jego początku ustaleń, skupiła się na osobie Grzegorza. Nie wykonano szeregu czynności, które mogły służyć wszechstronnemu wyjaśnieniu sprawy, pominięto ważne wątki" - ocenił Sąd Apelacyjny w Łodzi. 

Zbrodnia bez wyroku

Prokuratura Okręgowa w Łodzi przekazała nam, że Szymon "nie znajdował się w toku śledztwa w kręgu osób podejrzanych", więc "odbieranie od niego materiału porównawczego nie było konieczne". "Ujawnione w lokalu ślady linii papilarnych zostały jednoznacznie przypisane do pokrzywdzonej bądź do jednego z oskarżonych, natomiast pozostałe nie nadawały się w ocenie biegłych do dalszych badań identyfikacyjnych" - czytamy w e-mailu przesłanym Gazeta.pl.

"Oceniając argumentację przedstawioną w akcie oskarżenia należy stwierdzić, iż prokurator prowadzący sprawę przedstawił określone dowody w logicznym ciągu, na podstawie których opisał możliwą wersję zdarzeń" - czytamy. 

30 sierpnia 2007 r. Sąd Okręgowy w Łodzi przyznał Grzegorzowi 35 tys. zł w ramach zadośćuczynienia i odszkodowania za niesłuszny areszt. Kilka miesięcy później, w grudniu 2007 r., warunkowo zwolniony został z więzienia Piotr B. Miał do odsiedzenia jeszcze dwa lata. 

Arleta W. została pochowana na cmentarzu w Pabianicach. Z naszych ustaleń wynika, że śledztwa już później nie kontynuowano. Jak poinformowała nas Prokuratura Okręgowa w Łodzi, w Prokuraturze Rejonowej w Pabianicach nie zarejestrowano innego postępowania dotyczącego tego zdarzenia. Nie przekazywano też sprawy funkcjonariuszom tzw. policyjnego Archiwum X, którzy mogliby przyjrzeć się jej po latach raz jeszcze. 

Nikt do tej pory nie poniósł odpowiedzialności za śmierć kobiety. 

Przeczytaj źródło