"Młody Sherlock" jest tak dobry jak film z Downeyem Jr. Ma asa w rękawie

1 godzine temu 7
ZIZOO.PL
Guy Ritchie nie pożegnał się na dobre z detektywem z Baker Street 221B. W jego kamerze "Młody Sherlock" jest dokładnie tym, za kogo się podaje. To młodsza wersja bohatera granego przez Roberta Downeya Jr., tyle że ze świeżą krwią w obsadzie. Po fatalnym początku kariery Hero Fiennes Tiffin udowodnił, że każdy Fiennes umie grać. Akcja pędząca na łeb na szyję, dynamiczny montaż i brytyjski humor, którego nie da się podrobić. Widać jak na dłoni, że "Młody Sherlock" jest dzieckiem Guya Ritchiego, reżysera "Sherlocka Holmesa" z Robertem Downeyem Jr. i kultowego "Przekrętu". Filmowiec co rusz sypie bystrymi żartami i wciągającymi intrygami, a to wszystko na tle oksfordzkiego krajobrazu i akademickiego środowiska, które stereotypowo zadziera nosa. Recenzja serialu "Młody Sherlock". Guy Ritchie nadal trzyma formę W serialu Prime Video mamy do czynienia z pewnymi archetypami, a nie z bohaterami żywcem wyjętymi z prozy sir Arthura Conana Doyle'a. Ritchie czerpał przede wszystkim inspiracje z twórczości Andrew Lane'a, który wydał osiem książek z serii "Młody Sherlock", aczkolwiek i tak nie trzymał się ich treści kurczowo. Jak każdy, kto adaptował przygody najsłynniejszego detektywa w popkulturze, postawił na własną wizję, ze stylowym skrętem i cichym echem kina gangsterskiego. U brytyjskiego reżysera Sherlock Holmes dopiero odkrywa drzemiący w nim talent do dedukcji i od razu pakuje się w poważne kłopoty. Jego starszy brat Mycroft wykorzystuje swoje kontakty, by załatwić mu posadę lokaja na Uniwersytecie Oksfordzkim. To kara za wszystkie wybryki, jakich dopuścił się od maleńkości (ach, ta miłość rodzeństwa). Na uczelni protagonista zaprzyjaźnia się z Jamesem Moriartym, nie mając jeszcze świadomości, że brata się ze swoim przyszłym arcywrogiem. "Młody Sherlock" bazuje na dynamice między postaciami, które w pewnym sensie stanowią parodię ich pierwowzorów, ale nie odchodzą daleko od realizmu. Ritchie wyciąga na wierzch ich największe przywary i zamienia je w element humorystyczny, co widać zwłaszcza przy świetnie zagranym przez Maxa Ironsa ("Biała królowa") bracie tytułowego detektywa – nadętym pracowniku ministerstwa spraw zagranicznych, który wspina się po szczeblach kariery i uważa "wojnę i klęski głodu" (cytuję jego słowa) za mniej męczące od problemów rodzinnych. Hero Fiennes Tiffin ma aktorstwo we krwi Hero Fiennes Tiffin, który za występ w filmowej serii "After" – inspirowanej fanfikiem o Harrym Stylesie – został zjedzony przez krytyków i widzów, odzyskał dobre imię w "Młodym Sherlocku". W niektórych scenach miał okazję towarzyszyć wujkowi, Josephowi Fiennesowi ("Zakochany Szekspir"), i wcale nie wypadł od niego gorzej. Potrafi grać i komedię, i dramat, a pod okiem Ritchiego mógł w pełni rozwinąć skrzydła. Jest na dobrej drodze, by stać się drugim Robertem Pattinsonem, który pomimo "Zmierzchu" robi zawrotną karierę. Dobór aktorów w "Młodym Sherlocku" był kluczem do jego sukcesu. Na małym ekranie widzimy Colina Firtha ("Duma i uprzedzenie") i Nataschę McElhone ("Californication"), ale to Dónal Finn ("Koło czasu") oraz Zine Tseng ("Problem trzech ciał") świecą najjaśniej. Nowe twarze, które przy weteranach radzą sobie naprawdę dobrze. Serial o detektywie, który jeszcze nie zadomowił się w kamienicy przy Baker Street 221B, piekielnie wciąga, choć jego zagadki z ostatnich trzech odcinków nie ekscytują tak jak te początkowe. Każdy, kto lubi triki, jakimi posługuje się Guy Ritchie, pochłonie "Młodego Sherlocka" za jednym razem. By seans był udany, trzeba spojrzeć na tę produkcję z przymrużeniem oka, ponieważ Conana Doyle'a w niej mało.
Przeczytaj źródło