Melania Trump chwali się sukcesami swojego filmu. Tyle że jeden fakt przemilczała

4 godziny temu 7
ZIZOO.PL
Mimo doniesień o pustych salach w wielu amerykańskich kinach, Melania Trump nie ma wątpliwości: jej dokument odnosi sukces. W sobotni poranek pierwsza dama USA pochwaliła się w mediach społecznościowych wynikami "Melanii", nazywając ją największym dokumentalnym sukcesem ostatniej dekady. Publiczność wydaje się zachwycona – przynajmniej w republikańskich bastionach – podczas gdy krytycy nie zostawiają na filmie suchej nitki i nazywają go propagandowym. Dokument "Melania", wyreżyserowany przez Bretta Ratnera, śledzi 20 dni z życia Melanii Trump przed drugą inauguracją Donalda Trumpa. Wszedł do światowych kin – w tym Polsce – 30 stycznia i generalnie był typowany na klapę. Melania Trump chwali się sukcesem swojego dokumentu. Widzowie wydają się zachwyceni, ale tylko... ci republikańscy Tymczasem pierwsza dama napisała w sobotę na platformie X, że "Melania" notuje najlepsze otwarcie dokumentu od 10 lat (z wyłączeniem filmów koncertowych) oraz uzyskała ocenę "A" w CinemaScore. Informacje te potwierdził "Variety", co oznacza że Trump nie minęła się z prawdą. Według aktualnych danych film zarobił 2,9 mln dolarów w dniu otwarcia i ma osiągnąć około 8,1 mln dolarów do końca weekendu. To wynik lepszy od początkowych prognoz (3–5 mln), ale wciąż symboliczny wobec skali inwestycji. Amazon MGM Studios zapłaciło 40 mln dolarów za prawa do filmu, a kolejne około 35 mln przeznaczono na marketing i dystrybucję, czyli łącznie 75 milionów. Według amerykańskich mediów, to prawdopodobnie najdroższy dokument w historii, a na pewno jeden z najdroższych Najlepiej sprzedającymi się rynkami są konserwatywne bastiony, takie jak Dallas, Orlando, Tampa, Phoenix, Houston czy Atlanta, zauważa "Variety". To jednak nie zmienia faktu, że w wielu dużych miastach – Nowym Jorku czy Bostonie – seanse świecą pustkami, co dokumentują sami widzowie w mediach społecznościowych. A to sugeruje, że do kin pobiegli głównie fani Donalda Trumpa i jego żony. To zresztą ich zachwyty dominują w sieci. Krytycy miażdżą dokument o Melanii Trump. "Element propagandy państwowej rodem z komunistycznych Chin" Trump wyraźnie zakcentowała ten entuzjazm widzów. Jak napisała, "podobał się wszystkim". Jednak różnica między ocenami publiczności a krytyków jest niemal absurdalna. Na Rotten Tomatoes film ma zaledwie 11 proc. pozytywnych recenzji krytyków, przy jednoczesnym... 99-procentowym wyniku od widzów. Dodajmy, że na polskim Filmwebie ocena publiczności to na razie tragiczne 2,1/10. Wśród krytyków dominuje bezlitosny bon. Owen Gleiberman z "Variety" napisał, że "Melania" przypomina "element propagandy państwowej rodem z komunistycznych Chin lat 60., który nawet nie próbuje wejść na kontrowersyjne wody". "Film nigdy nie wpuszcza powietrza prawdziwego doświadczenia. I to powinno coś mówić. 'Melania', podobnie jak reżim Trumpa, jest reality show zaprojektowanym odgórnie, którego celem jest odcięcie się od rzeczywistości" – dodaje Gleiberman. Przymiotnik "propagandowy" pojawia się zresztą w większości recenzji. Donald Clarke z "Irish Times" nie gryzł się w język. "Nie jest to aktywna propaganda, lecz propaganda w duchu filmów Leni Riefenstahl [niemieckiej reżyserii – red.] o nazistach" – napisał w swojej recezji. Z kolei krytyczka Linda Cook oceniła, że "Melania" jest wszystkim, czym nie powinien być dokument – oprócz muzyki". Xan Brooks z "The Guardian" pisze, że film Ratnera przypomina "pozłacany, śmieciowy remake "Strefy interesów" Jonathana Glazera, w którym laleczkowata Kopciuszek z guzikowymi oczami wskazuje na złote bibeloty i suknie od projektantów, sprytnie odciągając naszą uwagę, podczas gdy jej mąż i jego otoczenie przygotowują się do demontażu konstytucji i wyprzedaży majątku federalnego". Recenzent dodaje, że "ta zabawa wcale nie jest zaraźliwa, goście są koszmarem, a dwie godziny spędzone z 'Melanią' przypominają czyste, niekończące się piekło". Nawet członkowie ekipy nie chcieli być kojarzeni z dokumentem "Melania" Właśnie ten kontrast – między pieniędzmi a efektem – najbardziej rozpala krytyków. "Melania" od początku budzi wątpliwości etyczne. Trump pełniła funkcję producentki wykonawczej i miała pełną kontrolę nad filmem: od tego, co znalazło się przed kamerą, po montaż i kampanię promocyjną. Dla wielu dokumentalistów to granica, po której kino faktu zamienia się w wizerunkową laurkę. Branża jest sceptyczna. – To musi być najdroższy dokument w historii, który nie wymagał licencji muzycznych. Jak można nie widzieć w tym próby przypodobania się władzy – albo wręcz czegoś w rodzaju łapówki? – pisał Ted Hope, były szef działu filmowego Amazona. Z kolei "Hollywood Reporter" sugeruje, że Amazon mógł kupić "coś więcej niż tylko film". Oficjalnie koncetn odpiera zarzuty o polityczne motywacje. – Licencjonowaliśmy ten film z jednego powodu: wierzymy, że klienci go pokochają – zapewniał rzecznik studia. Kontrowersje potęguje osoba reżysera. Brett Ratner wraca do Hollywood po niemal dekadzie nieobecności, spowodowanej oskarżeniami o molestowanie seksualne z 2017 roku, którym zaprzeczał. Jak donosi "Rolling Stone", atmosfera na planie była napięta, a większość nowojorskich członków ekipy poprosiła o usunięcie swoich nazwisk z napisów końcowych, nie chcąc być kojarzona z projektem. Mimo to Melania Trump pozostaje niewzruszona. Jej narracja jest jasna: widzowie pokochali film, wyniki są dobre, a krytyka – jak można się domyślać – to tylko tło. Problem w tym, że nawet przy optymistycznych szacunkach box office "Melania" nie ma realnych szans na zwrot kosztów w kinach. Amazon liczy zapewne na długofalowy efekt w Prime Video i planowaną serię dokumentalną, ale już teraz film zapisał się w historii bardziej jako ciekawostka niż sukces.
Przeczytaj źródło