In vitro zawodzi większość par. Przepłacili za nic, ale jest szansa na przełom

2 godziny temu 7
ZIZOO.PL
Minęło ponad 45 lat od narodzin pierwszego dziecka poczętego metodą in vitro – Louise Joy Brown. Choć od tego czasu technologia znacząco się rozwinęła, dla wielu par wciąż przypomina ona emocjonalną ruletkę. Nowe badania i eksperymentalne rozwiązania dają jednak nadzieję, że skuteczność procedury może w końcu wyraźnie wzrosnąć. Dziś, każdego dnia, setki par opuszczają kliniki leczenia niepłodności z tą samą nadzieją – że to właśnie ten cykl zakończy się sukcesem. Niestety, statystyki pozostają bezlitosne. Postęp jest, ale wciąż za mały Zapłodnienie in vitro to jedna z największych rewolucji współczesnej medycyny. Od 1978 roku dzięki tej metodzie przyszło na świat ponad 10 milionów dzieci. W samych Stanach Zjednoczonych odpowiada ona już za około 2 proc. wszystkich urodzeń. Problem w tym, że skuteczność procedury nadal jest ograniczona. W przypadku kobiet około 35. roku życia szansa na urodzenie dziecka po pojedynczym transferze zarodka wynosi ok. 30 proc. w Wielkiej Brytanii i niespełna 40 proc. w USA. To oznacza, że większość prób kończy się niepowodzeniem. A każda z nich to nie tylko ogromne koszty, ale też fizyczne i emocjonalne obciążenie. Kobiety przez wiele tygodni wstrzykują sobie leki, poddają się bolesnym zabiegom chirurgicznym, a emocjonalny ciężar, jaki odczuwają pary, może być na tyle poważny, że doprowadzi do rozpadu związku. Drogi "dodatek", który nie działa Przez lata kliniki oferowały pacjentom dodatkowe technologie mające zwiększyć szanse powodzenia. Jedną z najpopularniejszych było tzw. obrazowanie poklatkowe zarodków – specjalny system monitorujący ich rozwój niemal w czasie rzeczywistym. Problem w tym, że najnowsze badania opublikowane w naukowym czasopiśmie "The Lancet" nie potwierdzają jego skuteczności. Analiza ponad 1500 procedur wykazała, że zastosowanie tej technologii nie zwiększa liczby urodzeń żywych dzieci. Mimo to rozwiązanie wciąż jest szeroko stosowane i to często za dodatkową opłatą sięgającą kilkuset dolarów lub nawet 700 funtów w Wielkiej Brytanii. – Ludzie byli bardzo podekscytowani tą technologią i zaczęli z niej korzystać bez solidnych dowodów – przyznaje Priya Bhide, starszy wykładowca kliniczny w Women's Health Research Unit na Queen Mary University of London i współautorka badania. Nowa igła może zrobić różnicę Skoro część "ulepszeń" zawiodła, naukowcy szukają innych dróg. Jedna z najbardziej obiecujących dotyczy samego początku procedury, czyli pobierania komórek jajowych. Zespół badaczy z Wielkiej Brytanii opracował nowy typ igły, który pozwala skuteczniej wydobywać oocyty z pęcherzyków jajnikowych. Klucz tkwi w fizyce przepływu płynów, bowiem narzędzie wytwarza delikatny, okrężny ruch, który zwiększa szanse na uchwycenie komórki jajowej bez jej uszkodzenia. – Im bogatszy ruch płynu, tym większe prawdopodobieństwo pobrania oocytu – tłumaczy Radu Cimpeanu, ekspert w dziedzinie dynamiki płynów z Uniwersytetu Oksfordzkiego. Pierwsze testy przeprowadzono na krowach i wypadły obiecująco. Jeśli podobne efekty uda się uzyskać u ludzi, może to oznaczać więcej i lepszej jakości komórek jajowych, a to bezpośrednio przekłada się na większe szanse powodzenia całej procedury. Magnes zamiast pipety Komórki jajowe i zarodki są delikatne. Nie wyewoluowały one tak, aby można je było zasysać pipetami i spłukiwać do naczyń hodowlanych. Dlatego też inna metoda mogąca zwiększyć skuteczność zapłodnienia in vitro jest rozwijana w Hiszpanii. Tam naukowcy próbują wykorzystać… magnetyzm. Pomysł polega na "oznaczaniu" komórek jajowych i zarodków specjalnymi nanocząstkami, które reagują na pole magnetyczne. Dzięki temu embriolodzy mogliby manipulować nimi bez fizycznego dotykania, co jest istotne, bo są one przecież niezwykle delikatne. Co więcej, technika pozwala selekcjonować tylko dojrzałe komórki jajowe, które mają największy potencjał rozwojowy. Na razie testy przeprowadzono na zwierzętach, a wyniki są obiecujące, choć bez wyraźnego wzrostu liczby urodzeń. Trzeba jednak przyznać, że to dopiero początek tej technologii. Światło zamiast intuicji Kolejne rozwiązanie powstaje w Australii i dotyczy jednego z najtrudniejszych etapów in vitro – wyboru najlepszego zarodka. Naukowcy chcą wykorzystać światło do analizy zawartości lipidów w zarodkach. Ich ilość może wskazywać na aktywność metaboliczną, a tym samym na potencjał rozwojowy. To ważne, bo dziś wybór zarodka w dużej mierze opiera się na ocenie wizualnej i doświadczeniu specjalisty. Badacze mają nadzieję, że nowa metoda okaże się skuteczniejsza niż wcześniejsze próby – w tym nieskuteczne obrazowanie poklatkowe. Rewolucja dopiero przed nami? Najbardziej futurystyczną (i jednocześnie najbardziej kontrowersyjną) koncepcją jest tzw. gametogeneza in vitro (IVG). Technika ta zakłada możliwość tworzenia komórek jajowych i plemników z prostej próbki tkanki, takiej jak komórki skóry. Choć brzmi jak science fiction, pierwsze sukcesy osiągnięto już w badaniach na myszach. Jeśli metoda zadziała u ludzi, może całkowicie zmienić leczenie niepłodności. Pozwoliłaby m.in. na: posiadanie dzieci osobom po leczeniu onkologicznym, tworzenie gamet u osób, które naturalnie ich nie produkują, posiadanie dzieci przez pary tej samej płci bez udziału dawcy (teoretycznie). Eksperci podkreślają jednak, że to odległa perspektywa i ogromne wyzwanie etyczne. Małe kroki zamiast wielkiego przełomu Mimo licznych badań i innowacji wielu specjalistów pozostaje ostrożnych, bo historia in vitro pokazuje, że spektakularne zapowiedzi często kończą się rozczarowaniem. – Osiągane są niewielkie postępy, ale bardzo rzadko zdarza się, aby nastąpił moment całkowitego olśnienia – przyznaje Tim Child, profesor medycyny reprodukcyjnej na Uniwersytecie Oksfordzkim. Nie zmienia to faktu, że dla milionów par nawet niewielki wzrost skuteczności może oznaczać wszystko. Bo za każdą statystyką stoi konkretna historia. Czasem taka, która kończy się długo wyczekiwaną wiadomością, taką jak ta, że po trzech latach starań wynik testu okazał się pozytywny, a para starająca się o dziecko, mogła zobaczyć bijące serce widoczne na ekranie USG.
Przeczytaj źródło