Ile można stracić na badaniach podstawowych? Paradoks inwestycji w naukę

2 tygodni temu 24
ZIZOO.PL

Badania to nie lokata

Pierwszy problem zaczyna się już na poziomie języka. Mówimy o „inwestowaniu w naukę”, choć badania podstawowe niewiele mają wspólnego z klasyczną inwestycją finansową. W przypadku badań stosowanych sytuacja jest prostsza. Jest problem, jest cel, jest w miarę przewidywalna ścieżka dojścia do rozwiązania. Firma przychodzi do naukowców z konkretnym wyzwaniem i liczy na konkretny efekt.

Badania podstawowe działają inaczej. Ich istotą jest to, że nie wiemy, czego dokładnie szukamy. Jak głosi przypisywane Einsteinowi powiedzenie: gdybyśmy wiedzieli, czego szukamy, nie nazywalibyśmy tego poszukiwaniem. Chodzi o przesuwanie granic wiedzy, bez gwarancji, dokąd to zaprowadzi i czy efekty da się szybko spieniężyć.

Co więcej, historia nauki pokazuje, że największe przełomy bardzo rzadko są wykorzystywane w sposób, który pierwotnie zakładali ich twórcy. Naukowcy odkrywają jedno, a biznes – często po latach – znajduje zupełnie inne, bardziej rentowne zastosowania.

Ryzyko, które się opłaca

Z perspektywy całych gospodarek to ryzyko okazuje się wyjątkowo opłacalne. Ekonomiści potrafią mierzyć skutki zwiększania finansowania badań podstawowych, korzystając z naturalnych „eksperymentów” – na przykład nagłych, nieplanowanych zmian budżetów instytucji naukowych w USA.

Wyniki są zaskakująco jednoznaczne. Zwrot z inwestycji w badania podstawowe, mierzony wzrostem produktywności i dochodów fiskalnych, jest wyższy niż w przypadku wielu innych wydatków publicznych: infrastruktury, szkół czy szpitali. Nauka generuje długofalowy wzrost, bo pracują w niej najlepsi specjaliści a jej efekty przenikają do całej gospodarki.

Problem polega na tym, że w Polsce nauka prawie wyłącznie opiera się na środkach publicznych. A te są nie tylko skromne, ale też skrajnie selektywne. Finansowanie dostaje około 10–12 procent projektów. Dla porównania: w Niemczech to około 30 procent, w USA około 25.

Tam, gdzie wchodzi biznes

W krajach takich jak Szwecja, Niemcy, Wielka Brytania czy USA prywatne pieniądze odgrywają w badaniach podstawowych ogromną rolę. Firmy i organizacje pracodawców finansują całe instytuty badawcze, katedry, zespoły naukowe. Naukowcy zachowują niezależność, ale jednocześnie funkcjonują w stabilnych warunkach: mają budynki, sprzęt, zespoły i czas na myślenie.

Efekt? Jedne z najlepszych ośrodków badawczych w swoich dziedzinach, ścisła współpraca z uczelniami i realny wpływ na rozwój gospodarki.

W Polsce takie przykłady są rzadkie. Biznes chętnie finansuje stypendia dla młodzieży, konkursy edukacyjne czy działania wizerunkowe. To cenne i potrzebne. Problem w tym, że bardzo rzadko idzie za tym wsparcie dla badań podstawowych prowadzonych przez dojrzałe zespoły naukowe.

To nie kwestia „old money”

Często słyszymy argument, że na takie działania stać tylko kraje z wielopokoleniowym kapitałem. Prof. Tyrowicz ten mit obala. Amerykańskie uczelnie Ivy League powstały dzięki prywatnym donacjom ludzi, którzy często dorobili się w jednym pokoleniu. To nie kwestia stażu majątku, tylko sposobu myślenia o odpowiedzialności.

Finansowanie nauki można porównać do wspierania sztuki. Nie robimy tego dlatego, że przyniesie nam szybki zysk, tylko dlatego, że uznajemy to za wartościowe. Fakt, że skorzystają z tego inni, nie umniejsza poczucia sprawczości i satysfakcji darczyńcy.

Ile to naprawdę kosztuje?

Wbrew pozorom – niewiele. Kilka milionów złotych rozłożonych na trzy do pięciu lat wystarczy, by w Polsce zbudować silny zespół badawczy i dokonać przełomu w wybranej dziedzinie. Tak niski jest dziś poziom finansowania nauki.

Dla porównania: to kwoty często mniejsze niż budżet utrzymania klubu sportowego, a potencjalny efekt – w postaci prestiżu, wpływu i realnej zmiany – jest nieporównywalnie większy.

Warunek jest jeden: konkurs, niezależność naukowców i stabilność finansowa. Gdy da się ludziom robić to, na czym naprawdę się znają, rezultaty przychodzą. Tak jest w biznesie i tak samo działa to w nauce.

Na tym nie da się stracić

Wracając do pytania z kabaretu: ile trzeba mieć, „w razie gdyby się straciło”? W przypadku badań podstawowych odpowiedź brzmi przewrotnie: w kategoriach dumy, sprawczości i wpływu na przyszłość – nie da się stracić.

Można nie dostać patentu. Można nie zobaczyć bezpośredniego zwrotu w Excelu. Ale można mieć realny udział w tworzeniu wiedzy, która zmienia świat. A to jest inwestycja, która – prędzej czy później – zawsze się zwraca.

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję

Przeczytaj źródło