Dorota Szelągowska przyznaje, że nie lubimy prawdy – zwłaszcza tej o przemijaniu. W szczerej rozmowie z Katarzyną Piątkowską opowiada o potrzebie oswajania śmierci, o własnych zmaganiach z nerwicą lękową i o tym, jak przez lata funkcjonowała w cieniu ataków paniki. To poruszające wyznanie o strachu, który potrafi sparaliżować życie, ale też o odzyskiwaniu sprawczości, terapii i kruchym, świadomie przeżywanym szczęściu.
To był najtrudniejszy czas w jej życiu. Dorota Szelągowska mówi o tym po latach. Wywiad VIVA!
[...]
– Nie lubimy prawdy.
My dzisiaj nawet oszukujemy dzieci, unikając odpowiedzi na trudne pytania, a potem takie są efekty. Nie zabieramy ich na pogrzeby, żeby od dzieciństwa oswajać śmierć, tylko za wszelką cenę chcemy uchronić je przed trudnymi doświadczeniami. Pamiętam, jak moja koleżanka opowiadała, że dziecko zapytało ją, dlaczego kurczaczek nazywa się tak samo jak ten kurczaczek, którego się je. Ona była przerażona i zamiast normalnie odpowiedzieć, po prostu zmieniła temat. Nie podoba mi się to, bo jestem wielką fanką rzeczywistości i nazywania rzeczy po imieniu. Dlatego też oprócz tematu starzenia się zainteresowałam się umieraniem. To jest jedyna rzecz na świecie, która dotyczy nas wszystkich bez wyjątku. W dzisiejszych czasach unikamy nie tylko rozmów, ale nawet myślenia o nim. Może dlatego, że nikt nie wraca z pretensjami, że jednak można się było lepiej przygotować (śmiech). Idziemy na drugą stronę, no i nara, pa, pa, pa. A przecież kiedyś całe rodziny zbierały się wokół zmarłej osoby, włącznie z dziećmi, żeby ją pożegnać, powspominać. Zajmujemy się tyloma rzeczami w życiu, rozważamy rzeczy, które być może nigdy nie nastąpią, a udajemy, że jedyna pewna, czyli śmierć, nie istnieje. Boimy się i jej, i starzenia się. I ten strach jest OK, ale on nie powinien nas zamykać w zabobonach, tylko raczej sprawić, że zaczniemy ten temat oswajać. Gadajmy o nim, o tym, jak ma wyglądać nasz pogrzeb, napiszmy testament. To nie jest kuszenie losu, tylko myślenie o bliskich.
– Gadasz o śmierci, ale z życia czerpiesz pełnymi garściami?
Podróżuję, pracuję, mam wspaniałą rodzinę, jestem dla siebie dobra. W tym roku mam kilka fantastycznych projektów i jeśli uda mi się je zrealizować, będę świętować ogromny sukces. Moja przyjaciółka Aida mówi, że 2026 rok jest „rokiem lustra”, kiedy nadszedł czas, w którym już nie będziemy w stanie uciec przed tym, kim jesteśmy. I nie boję się tego, bo lubię to, co tam widzę. Wiem jednak, że to poczucie szczęścia jest kruche. Kiedy dwadzieścia kilka lat temu dopadła mnie nerwica lękowa, dotknęłam jakiegoś swojego dna. Najgorsze, że nie wiedziałam, co to jest i skąd się wzięło. Uwierz mi, to brzmi strasznie, ale byłam w takim stanie, że pragnęłam, żeby wykryto u mnie guza mózgu, bo wtedy przynajmniej mogłabym mierzyć się z czymś konkretnym, namacalnym. Dostałabym jakąkolwiek diagnozę. Wytłumaczenie. A ja umierałam kilka razy dziennie – każdy, kto przeszedł to samo co ja, wie, że atak paniki to jest mała śmierć – i kompletnie nie rozumiałam, co się ze mną dzieje. Nagle zaczyna bić szybko serce, ogarnia cię lęk, który właściwie wynika z niczego, zaczynasz się bać tego, co się dzieje z twoim ciałem, i nie możesz tego wszystkiego zatrzymać. Możesz zemdleć, możesz mieć puls powyżej 200, kręci ci się w głowie, jest zimno. Wpadasz w spiralę strachu przed lękiem, powoli wycofujesz się z życia. To nie były czasy internetu rozbuchanego poradami i kontaktem z innymi. Mimo że chodziłam na terapię, do psychiatry, robiłam absolutnie wszystko, co w ludzkiej mocy, byłam kompletnie bezsilna. Były miesiące, że przestałam w ogóle wychodzić z domu. Przez 20 lat nie latałam samolotem, nie czułam się pewnie w podróży, w hipermarkecie, w tłumie.
– Jak funkcjonowałaś?
Przez kilkanaście lat jakoś dawałam sobie radę, ale z pomocą bliskich, znajomych. Z jednej strony prowadziłam programy w telewizji, z drugiej do sklepu zawsze szłam z kimś. To była chora logistyka. Starałam się poukładać to tak, żeby dla tego, kto mi towarzyszy, takie wyjście też było atrakcyjne. Najgorsze jest to, że chorzy próbują ochronić bliskich przed tą chorobą. Trochę kłamią, trochę oszukują, a jak proszą o pomoc, to czasem jej nie otrzymują…
– Tak było z Tobą?
Osobie, którą dotykają ataki paniki, samej trudno jest je zrozumieć, a co dopiero osobom, które są blisko. To trudne. Na pewno pomogła mi terapia i dobrze dobrane leki. Trochę to trwało, ale oto jestem. W dobrym związku, podróżując, w kontakcie ze sobą, choć oczywiście jest we mnie jakiś lęk. Każdy, kto tego dotknął, poznał mroczne miejsca, wie, że biochemia mózgu może ci nagle wyłączyć światło. Po prostu. Nieważne, kim i gdzie jesteś. Staram się jednak skupiać na tym, co dziś. A dziś jest po prostu dobrze.
[...]
Cała rozmowa do przeczytania w nowej VIVIE!. Magazyn dostępny w punktach sprzedaży od czwartku, 26 lutego.

5 godziny temu
20







English (US) ·
Polish (PL) ·