Są spektakle, które się ogląda. I są takie, które się przeżywa – w napięciu, z ściśniętym gardłem, z niepokojem, który nie mija po jeszcze długo wyjściu z teatru. „23 i pół godziny” zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. To opowieść o momencie, w którym grunt usuwa się spod nóg – i nikt nie wie, czy jeszcze da się cokolwiek ocalić. Sztuka Carey Crim w reżyserii Jarosława Tumidajskiego to dramat, który boli, bo mógłby wydarzyć się tu i teraz: w każdej rodzinie i w każdym mieście.
„23 i pół godziny” – kiedy jedno oskarżenie niszczy wszystko
Tom Hodges – charyzmatyczny nauczyciel, uwielbiany przez uczniów, spełniony mąż i ojciec – świętuje sukces szkolnej premiery „Romea i Julii”. Idealny wieczór. Idealne życie. Do chwili, gdy… dzwoni telefon. Oskarżenie o molestowanie uruchamia lawinę: od tej chwili nie chodzi już tylko o Toma; chodzi o jego ukochaną Leigh, o ich syna Nicholasa, o przyjaciół, o reputację… O to, czy miłość przetrwa w sytuacji, w której każdy zaczyna patrzeć podejrzliwie. Spektakl nie daje prostych odpowiedzi. Nie wiemy, czy Tom tak naprawdę jest winny: i właśnie ta niepewność staje się najbardziej druzgocąca.
Najmocniejszą osią dramatu jest Leigh. Katarzyna Dąbrowska buduje postać kobiety stojącej na krawędzi – Leigh jest rozdarta między lojalnością a instynktem samozachowawczym, między miłością a strachem. W jej spojrzeniu widać rozpaczliwą potrzebę, by wierzyć. By ufać. By nie dopuścić do siebie tej jednej, paraliżującej myśli: „A jeśli to prawda?”.
To właśnie to „pół godziny” – moment, w którym pojawia się cień zwątpienia – staje się osią całego spektaklu. Bo zaufanie nie rozpada się przecież nagle, a kruszy się od środka.
Aktorstwo, które nie pozwala odetchnąć
Szymon Mysłakowski jako Tom jest niejednoznaczny – i w tej niejednoznaczności poruszający. Nie gra ofiary ani potwora: gra człowieka. Czasem wycofanego, czasem pękającego, czasem niepokojąco zamkniętego w sobie.
Silne wrażenie pozostawia również Monika Pikuła jako Jayne – przyjaciółka rodziny, która zaczyna zadawać pytania. Jej bohaterka reprezentuje nas wszystkich: tych, którzy chcą wierzyć w dobre intencje, ale... boją się konsekwencji swojej naiwności.
Maciej Bisiorek w roli Nicholasa (w spektaklu gra na zmianę z Janem Scardiną) pokazuje z kolei dramat dorastania w cieniu oskarżenia. To rola cicha, ale niezwykle bolesna – świat nastolatka rozpada się bez jego winy.
„23 i pół godziny” to nie tylko dramat rodzinny. To przejmująca opowieść o społecznym mechanizmie osądu. O tym, jak łatwo przejść od informacji do wyroku. Jak szybko wspólnota zamienia się w trybunał. W spektaklu wybrzmiewa lęk naszych czasów: że jedno oskarżenie – prawdziwe lub nie – może odebrać prawo do życia, relacji i drogi do prawdy.
„23 i pół godziny” to teatr, który zostaje pod skórą
Reżyseria Tumidajskiego jest oszczędna, skupiona na emocji. Nie ma tu zbędnych efektów: jest napięcie budowane słowem, ciszą i spojrzeniem. 1 godzina i 45 minut minęło mi niezwykle szybko, a widownia trwała w skupieniu, zupełnie jakby bała się oddychać zbyt głośno. Również scenografia, oparta na wnętrzu mieszkania, które mogłoby należeć do każdego i każdej z nas, które znamy z wizyt u znajomych czy instagramowych kadrów, potęguje wrażenie „zapętlenia” – widz ma wrażenie, że dosłownie siedzi obok i towarzyszy bohaterom w kolejnych etapach uwikłania.
To spektakl, który nie moralizuje. Nie wskazuje winnych. Nie rozgrzesza. Zostawia nas za to z pytaniem: czy można ufać komuś przez 23 i pół godziny na dobę – i trwać przy nim mimo pół godziny zwątpienia?
„23 i pół godziny” można obejrzeć w Teatrze Współczesnym w Warszawie.
Najbliższe spektakle: 3, 13, 14 i 15 marca; 1, 2, 22, 23 i 24 kwietnia; 9 i 10 maja; 10, 11 i 12 czerwca.

2 godziny temu
5







English (US) ·
Polish (PL) ·