Balansowanie Niemiec na granicy recesji sprawiło, że rodzime media obiegły radosne komentarze prognozujące gospodarcze dogonienie sąsiada. Fatalne dane płynące z Berlina często są przytaczane z nutą schadenfreude, gdyż najwyraźniej wciąż mamy niezrozumiały kompleks Niemiec. Niezrozumiałe jest także zadowolenie z kłopotów gospodarczych naszego głównego partnera handlowego. Recesja za Odrą zawsze zakazi polską gospodarkę, nawet jeśli nie jest to odczuwalne od razu.
W tym przypadku już jest. Kolejne branże – głównie motoryzacja – cierpią z powodu problemów niemieckich kontrahentów. Na szczęście jesteśmy zbyt duzi, by odczuwać kłopoty Berlina tak dojmująco, jak pogrążające się również w recesji Węgry. Naszą ekonomię ciągnie w górę obecnie przede wszystkim napływ pieniędzy z KPO. Trzeba je rozliczyć do końca przyszłego roku, więc rząd wydaje je naprędce (czego efektem niedawna rozbuchana przesadnie afera).
Powinniśmy otrzymać z KPO 60 mld euro, z czego 25 mld dotacji. Znacznej części nie dostaniemy, gdyż nie spełnimy wszystkich warunków. Dopiero co prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę wiatrakową, która jest jednym z nich; innym jest pełne oskładkowanie umów cywilnoprawnych, na co alergicznie reaguje rząd. Nawet jeśli dostaniemy połowę tej sumy, to mowa jest o 30 mld euro (128 mld zł). Ponieważ trzeba je będzie wydać w dwa lata, mówimy o napływie 64 mld zł rocznie (ponad 1,5 proc. polskiego PKB). Wiele przedsiębiorstw, które skorzystają z unijnych Funduszu Odbudowy, mogłoby podjąć inwestycje z własnych środków, które zalegają na firmowych kontach. Niewątpliwie KPO będą miały jednak ogromne znaczenie dla wyników Polski w tym i przyszłym roku.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję

Piotr Wójcik
Fot. Wojtek Górski
Zobacz
Popularne Zobacz również Najnowsze
Przejdź do strony głównej