W drugiej części 4. sezonu "Bridgertonów" romans między Kopciuszkiem a księciem z bajki przestaje grać bezpiecznie. Przepaść społeczna, jaka dzieli gosposię Sophie i arystokratę Benedicta Bridgertona, staje się siłą napędową, która wydobywa z zakochanych to, co najlepsze. Klątwa 3. sezonu została przełamana.
W pierwszych odcinkach 4. rozdziału inspirowanego czasami regencji serialu Benedict Bridgerton był rozdarty między marzeniem sennym o pannie odzianej w srebro, która oczarowała go na balu maskowym organizowanym przez jego matkę, a uczuciami, jakimi darzy wykształconą i uczynną gosposię, której zawdzięcza życie.
Oczywiście pierwsza połowa "Bridgertonów" musiała zostać zwieńczona dramaturgicznym konfliktem. Kawaler z wyższych sfer poprosił Sophie Baek o zostanie jego kochanką, co – jak można było przewidzieć – dziewczyna odebrała jako obrazę. Słowa, jakie padły z ust panicza, nie były podyktowane wyłącznie klasizmem. Bujający w obłokach Benedict ubzdurał sobie, że miłość do pokojówki to zdrada wobec Srebrnej Damy.
Recenzja finału 4. sezonu "Bridgertonów"
W 4. sezonie "Bridgertonowie" udowodnili, że poprzednia odsłona – piszę to z całą sympatią do Penelopy Featherington – była tylko pojedynczą pomyłką przy pracy. Historia Benedicta i Sophie nabiera w drugiej połowie wyrazistszych kształtów, choć nie ukrywam, że wolałabym, aby ich relacja dłużej opierała się na zasadzie tzw. slow burn, której kwintesencję mogliśmy poczuć w pierwszej części.
Konflikt między zakochanymi zostaje zażegnany już w 5. odcinku, ale to nie oznacza, że wszystkie ich problemy magicznie wyparowują. Bohaterom wciąż rzucane są kłody pod nogi. Sophie nie przechodzi aż tak dużej przemiany wewnętrznej, ponieważ od początku była dziewczyną mocno stąpającą po ziemi. Przeszkody zmieniają przede wszystkim Benedicta, który ze względu na własne urodzenie musi przewartościować swoje poglądy i zdecydować, czy ważniejsze jest dla niego status quo narzucone przez londyńską socjetę, czy jednak to, co mu w duszy gra.
Luke Thompson (teatralna adaptacja "Małego życia") i Yerin Ha ("Ocaleni") są najautentyczniejszą parą w repertuarze "Bridgertonów". Ich chemia nie polega jedynie na pożądaniu – aktorom udaje się stworzyć więź, której fundamentem jest nieodparta chęć zrozumienia drugiej połówki, dlatego też perypetie gosposi i arystokraty przyniosą wielką satysfakcję widowni. Oglądając serial, widzimy, że postaci dojrzewają w sposób bardzo organiczny i wiarygodny.
Scenariusz często przeskakuje z wątku głównego na wątki poboczne – jedne z nich są faktycznie interesujące, drugie nieco mniej. Nie da się ukryć, że twórcy "Bridgertonów" postanowili w tym sezonie zbudować podwaliny pod rozdział poświęcony miłości Franceski Bridgerton i Michaeli Stirling, (SPOILER!) przyspieszając tym samym śmierć Johna Stirlinga. Na tle arystokratek dobrze wypada tylko matka Benedicta, Violet Bridgerton, która przerywa wieloletnią żałobę po mężu, by spróbować na nowo swojego szczęścia w miłości.
Szkoda, że w finałowej części grana przez Katie Leung ("Arcane") lady Araminta Gun została odsunięta na bok, a scenarzyści ubrali ją w karykaturalną wręcz szatę złej macochy. W pierwszej połowie sezonu podjęty przez twórców wątek hierarchii społecznej również wydawał się bardziej przemyślany i wróżył wiele dobrego. W finale potraktowano go po macoszemu i w zasadzie przywrócono go do stanu sprzed 4. sezonu.
W ostatnim sezonie "Bridgertonowie" znaleźli nowy przepis na doskonały romans, który swoją prostotę dzierży w ręku jak broń. Nie oszukujmy się, Yerin Ha i Luke Thompson to duet marzeń, który trafia się stosunkowo rzadko. I to im powinniśmy dziękować za miły seans. 4. sezon "Bridgertonów" to triumf Netflixa. Tani romans, a jednak działa
W drugiej części 4. sezonu "Bridgertonów" romans między Kopciuszkiem a księciem z bajki przestaje grać bezpiecznie. Przepaść społeczna, jaka dzieli gosposię Sophie i arystokratę Benedicta Bridgertona, staje się siłą napędową, która wydobywa z zakochanych to, co najlepsze. Klątwa 3. sezonu została przełamana.
W pierwszych odcinkach 4. rozdziału inspirowanego czasami regencji serialu Benedict Bridgerton był rozdarty między marzeniem sennym o pannie odzianej w srebro, która oczarowała go na balu maskowym organizowanym przez jego matkę, a uczuciami, jakimi darzy wykształconą i uczynną gosposię, której zawdzięcza życie.
Oczywiście pierwsza połowa "Bridgertonów" musiała zostać zwieńczona dramaturgicznym konfliktem. Kawaler z wyższych sfer poprosił Sophie Baek o zostanie jego kochanką, co – jak można było przewidzieć – dziewczyna odebrała jako obrazę. Słowa, jakie padły z ust panicza, nie były podyktowane wyłącznie klasizmem. Bujający w obłokach Benedict ubzdurał sobie, że miłość do pokojówki to zdrada wobec Srebrnej Damy.
Recenzja finału 4. sezonu "Bridgertonów"
W 4. sezonie "Bridgertonowie" udowodnili, że poprzednia odsłona – piszę to z całą sympatią do Penelopy Featherington – była tylko pojedynczą pomyłką przy pracy. Historia Benedicta i Sophie nabiera w drugiej połowie wyrazistszych kształtów, choć nie ukrywam, że wolałabym, aby ich relacja dłużej opierała się na zasadzie tzw. slow burn, której kwintesencję mogliśmy poczuć w pierwszej części.
Konflikt między zakochanymi zostaje zażegnany już w 5. odcinku, ale to nie oznacza, że wszystkie ich problemy magicznie wyparowują. Bohaterom wciąż rzucane są kłody pod nogi. Sophie nie przechodzi aż tak dużej przemiany wewnętrznej, ponieważ od początku była dziewczyną mocno stąpającą po ziemi. Przeszkody zmieniają przede wszystkim Benedicta, który ze względu na własne urodzenie musi przewartościować swoje poglądy i zdecydować, czy ważniejsze jest dla niego status quo narzucone przez londyńską socjetę, czy jednak to, co mu w duszy gra.
Luke Thompson (teatralna adaptacja "Małego życia") i Yerin Ha ("Ocaleni") są najautentyczniejszą parą w repertuarze "Bridgertonów". Ich chemia nie polega jedynie na pożądaniu – aktorom udaje się stworzyć więź, której fundamentem jest nieodparta chęć zrozumienia drugiej połówki, dlatego też perypetie gosposi i arystokraty przyniosą wielką satysfakcję widowni. Oglądając serial, widzimy, że postaci dojrzewają w sposób bardzo organiczny i wiarygodny.
Scenariusz często przeskakuje z wątku głównego na wątki poboczne – jedne z nich są faktycznie interesujące, drugie nieco mniej. Nie da się ukryć, że twórcy "Bridgertonów" postanowili w tym sezonie zbudować podwaliny pod rozdział poświęcony miłości Franceski Bridgerton i Michaeli Stirling, (SPOILER!) przyspieszając tym samym śmierć Johna Stirlinga. Na tle arystokratek dobrze wypada tylko matka Benedicta, Violet Bridgerton, która przerywa wieloletnią żałobę po mężu, by spróbować na nowo swojego szczęścia w miłości.
Szkoda, że w finałowej części grana przez Katie Leung ("Arcane") lady Araminta Gun została odsunięta na bok, a scenarzyści ubrali ją w karykaturalną wręcz szatę złej macochy. W pierwszej połowie sezonu podjęty przez twórców wątek hierarchii społecznej również wydawał się bardziej przemyślany i wróżył wiele dobrego. W finale potraktowano go po macoszemu i w zasadzie przywrócono go do stanu sprzed 4. sezonu.
W ostatnim sezonie "Bridgertonowie" znaleźli nowy przepis na doskonały romans, który swoją prostotę dzierży w ręku jak broń. Nie oszukujmy się, Yerin Ha i Luke Thompson to duet marzeń, który trafia się stosunkowo rzadko. I to im powinniśmy dziękować za miły seans. 
1 godzine temu
5








English (US) ·
Polish (PL) ·